Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 października 2017

Prosty przepis na oponki serowe!

Witajcie!
W kuchni nie wyglądam dość dobrze :D gotować umiem, jednak nie uważam się za Master Chefa czy coś w ten deseń, a Magda Gessler zapewne nie raz dałaby mi po rączkach. Jednak jako kobieta trzeba się rozwijać i spełniać, dlatego nie poddaję się i podejmuję się wyzwania :D.
Dziś przychodzę do Was z prostym przepisem na oponki serowe, lekko ściągniętym od Kosmetycznie i nie tylko.

Ani to tłusty czwartek czy urodziny, ale po prostu miałam ochotę! :D Jestem w ciąży, mogę ;).

Składniki:
1 i 1/4 szklanki mąki (tej dużej z IKEA :D)
2 duże łyżki cukru
2 żółtka
2 małe łyżeczki proszku do pieczenia
2 czubate łyżeczki cukru waniliowego (wanilinowego jak kto woli ;))
2 czubate łyżki śmietany 18%
250g twarogu półtłustego

cukier puder ;)


Sposób przygotowania:
Wszystko zagniatamy na jednolitą masę. Później rozwałkowujemy w zależności od uznania na grubość (a także wg uznania używamy wałka albo ... tak jak ja butelki :D bo nie mam wałka....). Od szklanki odbijamy kółka, a później mniejszą szklanką, bądź kieliszkiem, środki. Surowe oponki wrzucamy na rozgrzany, głębszy olej i smażymy do uzyskania ładnego koloru i chrupkości. Gotowe oponki zdejmujemy na ręcznik papierowy (aby odsączyć z tłuszczu) i posypujemy cukrem pudrem. Wszystko zajmuje ok. 1 godziny.

Moje oponki nie są przesłodzone (nie przepadam za sacharozą trzeszczącą pod zębami), a cukier puder dodaje słodyczy. Podawać można tak po prostu z cukrem pudrem lub ze słodką śmietaną, sosem owocowym czy miodem. Zapijamy ciepłym kakao, albo kawą :).

poniedziałek, 5 września 2016

Placek ze śliwkami - prosty przepis

Zaczynając robić zdjęcia do tego postu byłam raczej nastawiona, że post się nie pojawi. Moje zdolności kulinarne są raczej w stanie 5/10, ale chyba najwyższa pora aby to zmienić.
Wyjątkowo nie miałam większych problemów z próbą upieczenia tego ciasta. Poradziłam sobie bez miksera (tylko tradycyjna ubijaczka) oraz bez margaryny w kostce (była margaryna do smarowania :D). Nie mniej jednak SZOK! pierwszy raz nie wyszedł mi zakalec! To coś wyjątkowego!
Przepis jest niezwykle prosty, ale moja radość po wyciągnięciu z blaszki nie-zakalca musiała znaleźć ujście w formie przepisu tutaj :).

Składniki:
4 jajka
1 szklanka cukru
2 szklanki mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
250 g margaryny
ok 0,5 kg śliwek

1. Wstawiamy piekarnik na 180 stopni, a blaszkę natłuszczamy i osypujemy delikatnie mąką.
2. Oddzielamy żółtka od białek.
3. Białka ubijamy na sztywną pianę.
4. Ciągle ubijając dodajemy cukier.
5. Dalej dodajemy po jednym żółtku, ciągle ubijając.
6. Mieszamy mąkę z proszkiem do pieczenia i przez sitko prószymy do pozostałych składników, ciągle mieszając.
7. Rozpuszczamy margarynę, lekko ostudzamy i dodajemy, ciągle mieszając.
8. Gotową masę umieszczamy w blaszce.
9. Umyte śliwki drylujemy i skórką do ciasta umieszczamy w cieście.
10. Pieczemy 50 minut.



i voila!

Ciasto smakuje wyśmienicie i przede wszystkim nie jest kolejnym zakalcem! Dzisiejsze doświadczenie nauczyło mnie, że nie warto poddawać się po pierwszej czy drugiej próbie, a próbować aż do skutku! I się udało :).




piątek, 4 grudnia 2015

owoc KAKI - czyli egzotyka na moim talerzu

Owoc Kaki (inaczej persymona) to coś co raczej nie wygląda szałowo na półkach z owocami. Jest przede wszystkim czymś obcym, nieznanym i niewystępującym w Polsce. Dlaczego dziś piszę o kaki? To moje odkrycie zeszłego tygodnia. W pracy zostałam poczęstowana czymś, co wyglądem przypominało małą dynię, a smakowało jak dojrzała gruszka. Zaintrygował mnie ten smak. Był słodki, nie koniecznie soczysty i konsystencją przypominający właśnie gruszkę.
Udało mi się dorwać sztukę za 1,99 w Auchan, w moim osiedlowym Archelanie kosztuje 2,99.

Ale przejdźmy teraz do właściwości zdrowotnych.
Przede wszystkim kaki jest bogaty w witaminę A, C i błonnik. Ma także właściwości przeciwutleniające. Idealny jako przekąska, nowa wersja winogron czy marchwi (to takie moje przekąski o podobnym składzie :D). 
Naukowcy udowodnili także, że kaki ma działanie hamujące rozwój komórek nowotworowych, w szczególności białaczki. Także znacząco obniża cholesterol.
Pozwoliłam sobie poczytać nieco w internecie o tym owocu i rzeczywiście jest wart mojego podniebienia :). Podczas zakupu powinniśmy wybierać owoce okrągłe, zdrowo wyglądające (w zależności od sposobu uprawy mogą mieć kolor od pomarańczu aż do głębokiej czerwieni) i posiadające ogonek (liście), przechowywać w lodówce, ale nie za długo, bo szybko tracą świeżość.

Mieliście kiedyś styczność z dynio-gruszką? :) Jakie macie o niej zdanie?




sobota, 21 listopada 2015

Pieczony płat łososia - prosta opcja na głód

Czasem się zastanawiam jaki mam dar, jaki talent we mnie tkwi? Poza tym, że jestem perfekcjonistką (w wersji pedantką :D) i jako tako sama nauczyłam się grać na gitarze to nie wiem czy potrafię coś jeszcze robić tak dobrze. Nie mam zdolności manualnych, nie umiem ładnie rysować, śpiewać, tańczyć. Nie potrafię robić cudów na drutach, nie potrafię szyć, origami to magia. W kuchni także jestem słaba, a i z żadnego przedmiotu nigdy nie byłam tą strzałą. Nigdy też nie wiedziałam kim chcę zostać w przyszłości. BA! Do dziś tego nie wiem i z każdą nową pracą uświadamiam sobie, że potrafię robić wszystkiego po trochu, niczego się nie boję i lubię wyzwania, pomimo, że z natury jestem konserwatystą. To mnie ratuje w otchłani mojego beztalencia.

Jednak nie o tym chciałam właściwie pisać. To był mały wstęp do tego, że nawet jak się nie umie NIC, to można stworzyć COŚ. A jeszcze lepiej jak to COŚ ma smak, wygląd i jest zdrowe.
Piątkowy wieczór przywiał mi zapach łososia. Po pracy byłam tak głodna, że chciałam zjeść cokolwiek. Ale zaczęłam sprzątać, to to i tamto i obejrzałam się, że czas w sumie na kolacje.

Łosoś się ceni, to fakt. Na tle innych ryb wypada podwójnie ze stawką jaką trzeba za niego zapłacić, ale poza ceną ma wiele dobrego w sobie. Cytując za reklamą: Ryba wpływa na wszystko. Na wzrok, cerę, umysł, a dodatkowo jest cennym źródłem kwasu omega-3 i witaminy D (ważnej dla odporności, skóry i kości, a zimą dostępnej przede wszystkim tylko w rybach morskich).

Co potrzebujemy do naszego dania?
- łosoś, wielkość wedle uznania, ja miałam nie całe 300g, ale to była podwójna porcja :D(głód!)
- sól
- pieprz
- cytryna
- warzywa na patelnie, opcjonalnie coś innego

Z mądrych rad, ponoć z przypraw wystarczy użyć pieprz cytrynowy, ale, że miałam tylko sól i pieprz to też było spoko. Z warzyw - gdzieś przeczytałam, że nie powinno łączyć się łososia z brokułem, więc go wywaliłam z moich warzyw. Ponadto, nie powinno się też łączyć ryby z olejem (chodzi o łączenie kwasów omega-3 z omega-6) dlatego lepiej ją piec, grillować, parzyć, albo do smażenia używać oliwy.

Płat łososia myjemy, osuszamy, osypujemy solą i pieprzem i owijamy folią (inaczej podczas pieczenia może się wysuszyć, a tak lepiej przejdzie przyprawami i będzie soczysty). Dla lepszego doprawienia można takie gotowe porcje potrzymać w lodówce 1-2 godziny. Mój głód wygrał i od razu wsadziłam porcję do nagrzanego na 200 stopni piekarnika, gdzie spędził gorące 22 minuty (piec 20-25 min). W między czasie na patelni podgrzałam warzywa, nie używając tłuszczu. 

Całość przygotowania zajmuje ok. 40 min i nie ma opcji, żeby nie wyszło.

Koszt: moja podwójna porcja :D kosztowała ok. 20 zł.

poniedziałek, 2 listopada 2015

Coś szybkiego i smacznego do kawy

To, że kucharka ze mnie całkiem przeciętna to już wiecie. Nie ma co ukrywać - po protu nie mam komu gotować i piec, więc jak podejmuję próbę to zawsze (albo najczęściej) kończy się to katastrofą.
Czasem jest tak, że jakieś danie "chodzi za nami" kilka dni. Ja tak miałam z poniżej prezentowanymi ciastkami, a po ich zjedzeniu mam ochotę na pizzę ...
Ciasteczka są bardzo proste w przyrządzeniu i jak widać po mnie, nie wymagają większych zdolności kulinarnych.

1. Kupujemy gotowe ciasto francuskie w Biedronce, owoce (u mnie jabłka i śliwki) i cukier puder.
2. Ciasto kroimy na 8 kwadratów lub w inne wzory i zawijamy w nie pokrojone w plastry owoce.
3. W rozgrzanym do 220 stopni Celsjusza piekarniku pieczemy je 15-18 min.
4. Upieczone ciasteczka posypujemy cukrem pudrem i odstawiamy na chwilę do ostudzenia.
5. Można jeść! Najlepiej smakują z mlekiem kakaem albo oczywiście kawą!
Cały czas przygotowania (poza zakupami :P) zajmuje nie więcej jak 30 min :).

Kto chętny na ciacho? :)


środa, 2 września 2015

Kuchenne rewolucje - 3Bit bez pieczenia!

Ja, gotowanie i kuchenne rewolucje to na prawdę sprzeczne słowa :D. Owszem, umiem gotować, mój mężczyzna twierdzi nawet, że całkiem nieźle (a może mnie oszukuje? :D), ale żebym chciała i lubiła to robić to nie bardzo. Jeżeli chodzi o pieczenie ciast to jestem totalnym laikiem... i nie wiem dlaczego zawsze wychodzą mi zakalce (czasem słodkie, więc git). Moje przygody z "cukiernictwem" to pamiętne świąteczne muffiny, które były tak twarde, że przez całe święta przestały nietknięte :D i tony zakalców ze śliwkami, jabłkami, rabarbarem, malinami, truskawkami...
Po przeprowadzce "na swoje" obudził się we mnie nieco zmysł kucharzenia (potocznie kury domowej :D), ale tak czy siak co raz lepiej pasuje mi określenie: chujowa pani domu (przepraszam za wyrażenie :D ale wejdźcie na facebooka, wpiszcie to i znajdźcie funpage'a :D, czasem to właśnie w moim stylu haha).
Bądź co bądź ciasto chciałam zrobić. Dokładnie ZROBIĆ a nie upiec. Wszystko git, w pracy znalazłam przepis, zajechałam do "oszołomca" na zakupy, kupiłam wszystko. Zapomniałam, że nie mam miksera, a śmietany nie ubiję raczej widelcem (hahaha). Herbatniki w blaszce leżały 24 godziny aż skołowałam mikser. Później już poszło w miarę gładko :) (cud!!!!!!!). Poza tym, że dwa razy gotowałam budyń (serio? nie ogarniam tego :D) i jeden musiałam wywalić (wahałam się nad zlewem, muszlą i śmietnikiem... masakra :D).

Ciasto wyszło, o dziwo!

a tym przepisem się kierowałam : KLIK

P.S. Średnio wyglądam w kuchni, prawda? Poza tym w prawym profilu mi nie do twarzy :D


niedziela, 7 czerwca 2015

Bombay bazar - herbatka czas start!

To, że jestem herbacianym chochlikiem to wiecie nie od dziś. Dlatego nie ukrywam, że gdy podczas ostatniego spotkania podlaskich blogerek bombay baazar podarował nam co nieco nie polskiego byłam zaintrygowana. Co prawda mydełka i oleju jeszcze nie miałam okazji użyć, ale herbatki wypiłam już wszystkie. Moje wrażenia? Cóż, chyba intensywny zapach mydełka, które początkowo przechowywałam razem przedarł się na aromat herbatek i takim to sposobem wszystkie miały taki sam smak, a mianowicie smak palonej shishy :D. Faktycznie z orientem ma to wiele wspólnego, jednak nie wiele z moimi oczekiwaniami :(.




Mydełko oraz ziołowy olej do włosów - to jeszcze przede mną :).

wtorek, 7 kwietnia 2015

Relaks ze smakiem

Wracamy po świętach z dużą dawką dobrej energii! :)
P.S. Przypominam o rozdaniu :) KLIK!
Jestem koneserem dobrej herbaty, choć i tak najczęściej wybieram klasyczną, zieloną, sypaną. Tym razem zostałam obdarzona smakowitą mieszkanką listków poziomki, jeżyny i czarnej porzeczki z dodatkiem aromatu kwiatu głogu oraz czerwonych owoców jarzębiny.
Nie jest to typowa herbata owocowa, bardziej ziołowa, delikatna, z lekko słodkim posmakiem. Myślę, że idealnie nadawałaby się do ciasta, czy też uspokojenia trawiennych ruchów po sytym posiłku, takim na ten ze świątecznego stołu :P.
Nie lubię "sztucznych" herbat, czyli takich z woreczka, a już na pewno owocowych z woreczka. Mają w sobie różnego rodzaju substancje, których mój organizm w dziwny sposób nie trawi (barwniki, aromaty?) i zamiast uczucia rozluzowania mam wzdęcia i czuję się ociężała. Nic też dziwnego, że wybieram tylko czyste liście :).

 Opakowanie zawiera 70 g produktu, jest to bardzo dużo, gdyż do jednej filiżanki zużywa się 1 łyżeczkę mieszkanki (ja zużywam więcej, ale z jakiego kubła ja piję... :D). Do tego jest w barwach, które będą przewodnie w mojej kuchni - zieleń i brąz :D. Wygląda na tyle estetycznie, że nie widzę potrzeby, aby przesypywać ją w jakiś pojemniczek.



poniedziałek, 23 lutego 2015

Girls just wanna have fun - czyli uważaj co jesz!

Nie jestem z osób, które ostatnio trzymałyby dietę nader restrykcyjnie :D i chudną (cud!), ale czasem z ciekawości sprawdzam składy, bo jesteś tym co jesz. A szczególnie, gdy chociaż raz się okaże, że ktoś, a mianowicie reklamy, robią z ciebie lekkiego głupka.
Oczywiście, prawo handlowe jako tako znam, nieuczciwa konkurencja w odniesieniu do reklamy nie jest tu stosowana, bo przecież nikt nikogo nie okłamał, nic złego nie powiedział, ale może jednak troszkę naruszył ludzką naiwność? ... a o czym mowa?
Szalone Sunbites!
WIELOZBOŻOWE CHIPSY.
Jakże to naiwne stwierdzenie.
No cóż, rzeczywiście wykonane są z produktów pochodzenia zbożowego (mąką pszenna, mąka ryżowa itp., jest aż całe 5!).
Błonnik też mają, a bo i niemal każdy produkt ma tą odrobinę błonnika, odrobinę!

ALE! czy to aby na pewno niesamowita alternatywa dla zwykłych chipsów? czy to te chrupki mamy zajadać między posiłkami? my, kobiety na wiecznej diecie? czy to jest to cenne źródło błonnika, jakim nas oślepiono? jedna odpowiedź - NIE. Koniec kropka.

My, babki, lubimy jak coś chrupie, to do filmu to do pogaduszek, a jak jeszcze coś jest "zdrowsze" i bardziej fit (ten zdradliwy błonnik) to choćby kosztowało więcej, kupimy i ślepo będziemy wsuwać. Jest zdrowe to nam wolno!
Otóż nie wolno.

W sklepie zrobiliśmy zakupy : ser, mleko, woda, chleb (....) na deser do filmu chipsy. JA: szalone Sunbites - 4,50 zł (e, chodzę na siłkę, będę jeść zdrowiej!), DAWID : Lays Strong - 5,50 zł.

Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy z czystej ciekawości odwróciłam obydwie paczki i sprawdziłam wartość odżywczą. "O la boga! Dawidzie! Twoje chipsy są zdrowsze od moich!"
Poniżej pokazuję zdjęcie... może i kalorii mniej, ale gdzie ten błonnik? Kto go tyle ukradł? Ktoś tu nas okłamał? :(
Dobra, chociaż z zawartością tłuszczu nie kłamali, bo rzeczywiście 30% wychodzi :D
Ktoś idealnie wykorzystał kobiecą logikę, dodając w reklamie slim babki (elo Socha!) radośnie tańczące w pastelach i ćwierkających "Girls just wanna have fun". To Wam gyrls będzie fan jak uświadomicie sobie, że to wcale nic fit i helfi, a zwykłe czypsy, z mniejsza ilością błonnika, a większą ilością soli.

poniedziałek, 16 lutego 2015

Walę Tynki - DIY

No i były. Walentynki. Czerwono, serduszko, full of love.
Kto był w kinie, na kultowym hicie? :D nie ja!!! :D haha
Tak my przykro, że dodaję ten post już po Dniu Świętego Walentego, ale mój Dawid by zobaczył :P. Zawsze zastanawiam się, dlaczego 14 luty, dlaczego Walentynki? Walenty znany jest, dla nas współcześnie, jako patron zakochanych, a tak naprawdę to wieki temu uważano go za opiekuna i patrona nad osobami cierpiącymi na choroby umysłowe (nerwice, epilepsja). Hm... może dlatego, że zakochani czasami zachowują się jakby byli nieco chorzy umysłowo? :D

Mój pomysł na upominek Walentynkowy był prosty. Generalnie dość często obdarzamy siebie skromnymi prezentami (kwiaty, czekoladki itp.), dlatego miałam chociaż powód, aby coś zrobić.
Sama zrobiłam czekoladki, zapakowałam i voila!
Było pysznie, słodko i romantycznie <3.

Czekoladę rozpuściłam wkładając ją do plastikowego naczynia, które wsadziłam do garnka z ciepłą wodą. Gdy czekolada już prawie się rozpuściła dodałam rodzynki. Następnie czerwoną posypką cukrową wypełniłam sylikonową foremkę (Biedronka, ok. 6 zł), a później zalałam czekoladą. Całość odstawiłam do zastygnięcia na około 2 godziny na podwórku. Wyszło mi ich mało, więc dodałam kilka pralin "sklepowych" :P. Słodkości zapakowałam w słoik (PEPCO, ok.7  zł).
Do wypełnienia tej foremki starczyło mi 1,5 czekolady. Największy problem był ze zmywaniem, czekolada bardzo źle się myje :(.
Takie walentynki były w Rossmanie (coś około 10 zł? nie pamiętam). Są mega słodkie i mega śmieszne. Różne napisy i różne przypinki. Zabawne :D.

wtorek, 28 października 2014

Szybko, półsmacznie, tanio - Sushi!

Sushi to przysmak, który już jakiś czas temu skradł mi serce. Nic też dziwnego, że uwielbiam je jeść! Niestety, Dawid nie... :( także wizyty w barze sushi mogę uskuteczniać tylko z koleżankami :P, albo sama... :)
Ostatnio, podczas spontanicznego, samotnego, wypadu na zakupy skusiłam się na mały zestaw sushi w barze Sushi to go. Przyznam się szczerze, że nie przepadam za kawałkami, które mają wiele składników... wolę pojedyncze smaki i małe kawałki. Te były zdecydowanie za duże i musiałam gryźć na dwa, albo i 3 razy. Co do smaku jednak, skuszę się jeszcze nie raz! Wbrew moim przypuszczeniom smakowały dość nieźle, szczególnie jak na sushi w wydaniu fastfood :D.
Cena (7,90 zł/ 5 kawałków, 9,90zł/ 6 kawałków) jest dość zachęcająca i pewnie znów, gdy dopadnie mnie ogromna chęć na małe co nie co, wpadnę do galerii po małą porcję sushi :)


wtorek, 7 stycznia 2014

Smakowite babeczki od Delecty

Nie masz pomysłu na słodką przekąskę na party? Nic prostszego! Całe przygotowanie zajmuje 30 minut wraz z pieczeniem, a smak niesamowity!

Wszystko jest ładnie i prosto rozpisane na opakowaniu, krok po kroku. O ile w kuchni jestem totalnym laikiem, a już nie wspomnę o robieniu ciast, tak te babeczki wychodzą mi zawsze! Taki mój mały, niezawodny przepis ;-)! Nie wiem jak wychodzą one bez użycia specjalnej blaszki muffinkowej, ponieważ nigdy nie próbowałam tego robić w inny sposób.

Tym razem dodałam do nich również polewę czekoladową, aby jeszcze nieco osłodzić atmosferę. 

Babeczki piekłam już wiele razy, natomiast tych mogłam skosztować dzięki Delekcie, która podczas pierwszego spotkania blogerek uraczyła nas takimi upominkami :).







poniedziałek, 9 września 2013

Na zdrowie - cz. IV - podsumowanie

Mój miesięczny projekt dobiegł końca. Zdrowa (względnie) dieta, dzbanuszek DAFI, dużo ruchu, kosmetyki Eveline, gąbeczka equlibra oraz suplementy diety Figura - czyli czas na szybkie podsumowanie.

EFEKTY - od 5. sierpnia udało mi się zrzucić nie całe 3 kg. Wierzę w to, że tkanka tłuszczowa zamieniła się w mięśniową. Wymiary albo się nie zmieniły, albo spadły (nic nie przybyło). Przykładowo łydki i uda straciły po 1 cm, pas (na wysokości miednicy) 2 cm, a talia aż 4 cm. Notuję także inne części ciała, szczegółowo opisane gdzie i jak przykładam centymetr, aby uniknąć błędów pomiaru.
Cellulitu nie ma, chyba, że ten usilnie naciskany :). Co raz rzadsze wzdęcia (które zdarzały mi się baaardzo często), a także lepsze samopoczucie, spowodowane zmianami i robieniem czegoś dla siebie.

Dzbanuszek DAFI sprawuje się nieźle. Na upały był idealnym kompanem, który wiernie stał przy biurku i gasił moje pragnienie. Mój filtr dobiegł końca, tak więc zakupię nowe i dalej będę kontynuować filtracje. NOTKA
Jeżeli chodzi o FIGURĘ, to wypiłam pierwszą herbatkę w całości. Była dobra, lekko cynamonowy smak. Początkowo nie mogłam się do niej przekonać, ale w efekcie całkiem mi posmakowała. Początkowo także nie dawała efektów (w połączeniu z tabletkami), po odstawieniu tabletek było lepiej. Tabletki odstawiłam po dwóch listkach. Bolał mi po nich brzuch i zamiast pomóc mi się oczyszczać to hamowały wszystko. Ananasowe saszetki oraz kolejną herbatkę rozpocznę spożywać wraz z nowym sezonem sportowym. NOTKA
 

Peeling i krem Eveline 4D są spoko. Chociaż nie wiem czy dają prawdziwe efekty. Cellulit mi znika ze względu na ćwiczenia (wielokrotnie sprawdzone), więc nie wiem czy działa. Mimo to używam, staram się dość regularnie. Krem szczególnie przed ćwiczeniami, a peeling wieczorem co 2-3 dni, po czym krem również. Skóra rzeczywiście jest lepiej napięta, gładsza i miękka. Krem daje efekt chłodzenia, którego nie lubię... natomiast nałożony przed ćwiczeniami idealne wyrównuje temperaturę ciała. Gąbeczke equilibra, jak dla mnie totalnie niepraktyczna, niewygodna i wszystko na nie, poza tym, że pomaga mi rozporpwadzać peeling na ciele. NOTKA

DIETA. Czyli coś, o czym do tej pory nie wspomniałam. Postaram się ją opisać teraz. Na bieżąco będę zbierać najlepsze przepisy i sprawdzone metody na idealne posiłki i przekąski. Mam nadzieję, że to również pomoże mi samej w organizacji posiłków.ĆWICZENIA. O tym też nie było. Kolejny sezon "fit" będzie owocował w różnego rodzaju ćwiczenia i zaklęcia, które przetestuję, poszukując swojego, idealnego zestawu ćwiczeń.Mam też nadzieję, że po kolejnym sezonie ćwiczeń pokażę swoje zdjęcia PRZED i PO, ze spektakularnym efektem WOW ;-). 



poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Na zdrowie! cz.1 - Dzbanuszki DAFI

Witajcie!
Zaczyna się nowy tydzień i czas wprowadzić jakieś zmiany :). Po tygodniu wolnego można wrócić do pracy i zacząć pracować nad innymi rzeczami, nie tylko portfelem :D.
Prawdopodobnie gdzieś wyskoczę w tym roku na wakacje. Mam do tego czasu co najmniej 3 tygodnie, czyli kupa czasu, aby poprawić kształt swojej sylwetki.
Na I spotkaniu podlaskich blogerek miałam okazję otrzymać wiele produktów, które niejako mnie mobilizują do ich stosowania i podjęcia walki o idealną figurę i mam nadzieję, że pomogą! :)

Przygotowałam ciąg wpisów wraz z elementami, które zastosuję podczas swojej przemiany.

Na pierwszy rzut idzie dzbanuszek firmy DAFI.

Na zanieczyszczoną wodę nie mam co narzekać. Mieszkam w małej miejscowości, gdzie odkąd pamiętam zawsze była czysta woda. Jeszcze do niedawna piłam ją bez krępacji z kranu. Jednak około pół roku temu rodzice zamontowali Zepter-Edel wasser - czyli kilkustopniowy filtr wody płynącej prosto z kranu. Trzeba przyznać, że woda ma zupełnie inny smak.
Jednak taki filtr jest dość kosztowny i jak dla mnie mało praktyczny - przecież jestem studentką, dużo czasu spędzam poza domem, najczęściej na stancji. Na szczęście są też "kompaktowe" rozwiązania. Jedno z nich proponuje firma DAFI. Miałam okazję otrzymać poniżej prezentowany dzbanuszek w kolorze żółtym (miałam szary, ale wymieniłam się z Ewą :D). Powiem Wam, że nie wiem jak czysta woda mogłaby lecieć z kranu ja i tak wolę tą z dzbanka!

Dzbanek jest skonstruowany bardzo praktycznie. Elektroniczny wyświetlacz po 3 sekundach od wysunięcia nabija kolejną liczbę (z założeniem, że zużywa się 1 dzbanek dziennie (mój ma pojemność 2,4l w tym 1,2 możliwości przefiltrowania na raz), liczba sugeruje ile dni jeszcze może służyć filtr - powinien około 30 dni lub 100-150 litrów). Zbiornik na wodę jest zamykany, tak więc kusz czy inne "paproszki" się nie dostaną do środka.

Koszt takiego dzbanka to około 45 zł
plus filrt - 13 zł ( w "wielopaku" taniej).
Myślę, że taka inwestycja się opłaca! Szczególnie mając na uwadze zdrowe odżywianie.

Strona firmy DAFI - klik
Sklep DAFI - klik

Mój pierwszy krok do nowego stylu życia :)