niedziela, 20 sierpnia 2017

Indigo - Crazy In Love by Natalia Siwiec

Witajcie!
Czerwony kolor na paznokciach to już klasyka. Mam co najmniej 4 czerwone lakiery, które niezależnie od ceny uwielbiam. Oczywiacie w nowej, hybrydowej, kolekcji tez nie moglo zabraknac czerwieni :). Dziś przedstawiam Wam  Crazy In Love z kolekcji Natalii Siwiec dla Indigo, lakier w wersji klasycznej.
Już kiedyś pisałam Wam o lakierach od Indigo - KLIK.

Czerwień jest soczysta i głęboka. To dojrzały odcień, nie typowa żarówka. Kolor naprawdę wpadł w moje gusta. Dodatkowym plusem jest fakt, że na paznokciach gości tak samo długo jak i pastelowi odpowiednicy, a pierwsze odpryski pojawiły się dopiero po 4 dniach. Dwie warstwy idealnie kryją. Jedyna wada to czas wysychania, mam wrażenie, że to kilka ładnych godzin pomimo cienkich warstw.... Ale siedząc w domu czasem mogę pozwolić sobie na totalne lenistwo i nic nie robienie :).



Na zdjęciach widzicie paznokcie 5 dni po malowaniu! A zaznaczę, że zmywam, sprzątam i myje głowę często ;).
Lakier jak najbardziej wart uwagi i swojej ceny. Generalnie lakiery Indigo w wersji klasycznej (nie hybrydowej) mają u mnie wysoką pozycję i wiem, że mogę im zaufać :).

środa, 16 sierpnia 2017

Spotkanie blogerek w Białymstoku

Trudno policzyć jak długo się znamy, na pewno wiadomo, że dziś, po kilku latach znajomości, nie jesteśmy już tylko koleżankami z bloga, łączy nas coś więcej niż wspólna pasja do kosmetyków i blogowania oraz zdjęcie na lawendowym polu ;). Nic też dziwnego, że z utęsknieniem wyczekujemy każdego wspólnego spotkania, niezależnie czy jest oficjalne czy nie, a z niektórymi spotykam się już kompletnie poza światem blogowym :).


O kim mowa?
Paula - suchockapaula.blogspot.com
Madzia - mm-world-of-women.blogspot.com
Kasia - double-identity.blogspot.com

Tak też było 12 sierpnia 2017. Wstępnie umówiłyśmy się na kawkę i plotki, a że był upał i ja nie piję kawy ;) to skończyło się na karafkach wody z cytryną i obiedzie. To popołudnie spędziłyśmy w bardzo klimatycznej restauracji Lipowa 12 w Białymstoku.



Z dziewczynami czas płynie naprawdę przyjemnie i ... szybko! Pomimo tylu lat znajomości okazało się, że jeszcze wielu faktów o sobie nie wiemy :D i jak bardzo będziemy za sobą tęsknić. W takich okolicznościach mogłabym spędzać każdy sobotni obiad! Myślę, że moja Oleńka też nie ma nic przeciwko, bo po deserze (podwójnym z resztą :D) pokazała swoją obecność ciociom.


Poza ścianą pełną win towarzyszyli nam także sponsorzy, co sprawiło nam wielką przyjemność, za co serdecznie dziękujemy! :)






 
 VICHY   |   FACEBOOK
 
 


 

Jak widać Miś już czeka na nową lokatorkę w łóżeczku <3 




 








Z wielką niecierpliwością czekam aż znów się zobaczymy w miłym, zaufanym gronie, gdzie pojawię się jeszcze w moim dwupaku :) lub już jako blogująca mama. Mam też ogromną nadzieję, że w naszych prywatnych życiach wszystko będzie układać się właśnie tak, jak sobie tego życzymy, a blogową przyjaźń jeszcze nie raz z sentymentem będziemy wspominać na wspólnych kawach czy odwiedzinach w domach :).

piątek, 11 sierpnia 2017

Porówanie pudrów ryżowych - INGRID vs ecocera

Witajcie!
Póki co upały nieco ustąpiły, ale to był niezwykle owocny czas w testy, więc nic też dziwnego, że dziś pokazuję Wam kosmetyki, którą nie jednej z nas mogą uratować makijaż w upalne dni.

Porównam dziś dwa pudry ryżowe, testowane w podobnych warunkach (temperatura, plan dnia, pozostałe kosmetyki, sposób aplikacji), ciekawi efektów kto wygrał pojedynek? :) Zapraszam do dalszego czytania!


Puder od INGRID to niezwykle wygodnie zapakowany, sprasowany puder, co jest jego największą zaletą. Nie muszę się martwić czy mi się rozsypie, czy posypie ciemną bluzeczkę, a jednocześnie sprawdza się w podróży. Brak aplikatora sprawia, że od razu do aplikacji użyłam pędzla.
Sam efekt matowego wykończenia jest naprawdę powalający. Dość szybko wyrównuje się z makijażowym kolorytem. Zarówno jeden jak i drugi puder nakładać trzeba w nieco większej ilości. Gdy zaaplikowałam go dość skromnie to klasycznie po 4 godzinach byłam już żaróweczką (i musiałam go dokładać). Drugim razem użyłam go więcej już na początku i wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy po 6 godzinach nawet powieki mi się nie świeciły! (jednego dnia zdrzemnęłam w makijażu z tym pudrem i tylko przetarł mi się policzek, ale świecenia zero). Nie zważył się na twarzy i nie zostawił białych plam, nie zapycha.

Drugi puder ryżowy to fixer ryżowy od ecocery. Wiele osób go zachwala, bo faktycznie jest też za co, ale czy tak znowu idealnie? Po pierwsze, mając porównanie, że puder ryżowy może być w formie sprasowanej, ma u mnie wielki minus. Zawsze podczas aplikacji rozsypię go za dużo, obsypie wszystko na około (podłogę, komodę, siebie...), a tu traci na swojej wydajności i mojej cierpliwości. Aplikator dołączony do słoiczka to kompletna porażka i od razu zamieniłam go na pędzel, ale i tu był problem z nałożeniem odpowiedniej ilości, żeby było równo i nie przesadzić z nienaturalną białością. Sam efekt utrwalenia jest nienaganny, jednak naprawdę dużo czasu zajęło mi okiełznanie pudru na pędzlu, owocowało to też ok. 6 godzinami nieświecenia. O ile nałożyłam go wystarczająco to nie byłam blada, do tego nie zapycha.



Cena jednego i drugiego waha się w okolicach 18 zł (INGRID 10g/ecocera 15g) , który jest jej bardziej wart? Chyba odpowiadać nie muszę :). Dobra wiadomość jest taka, że ecocera też ma w swojej ofercie puder ryżowy PRASOWANY - cena to ok. 13 zł. Nie mniej jednak wiem, że jaki to puder by nie był, skoro działa to w końcu mój makijaż ma szansę przetrwać nawet plażowe opalanie i spacery w upalne :D.

wtorek, 8 sierpnia 2017

#selfie project!

Hej! Znacie markę selfie project? Od niedawna (może trochę więcej jak pół roku) dostępna jest w rossmanie i przeznaczona jest dla młodej cery, albo przynajmniej wg. producenta, A że ja wciąż czuję się młoda nie widzę przeszkód, aby stosować kosmetyki do takiej cery ;).

Pomimo wielu różnych opinii na temat kosmetyków tej marki postanowiłam napisać swoje osobiste odczucia :) tak więc zapraszam do dalszej części postu :).

Na pierwszy rzut idzie żel myjący peeling maseczka 3w1. 
Zdecydowanie bardziej lubię delikatne peelingi niż żele do mycia twarzy, więc oczekiwałam od kosmetyku po prostu dobrego oczyszczania twarzy. Jako żel sprawdzał się idealnie. Nie wysuszał, nie podrażniał, dobrze zmywał pozostałości make upu z całego dnia (omijałam oczywiście oczy). Jak peeling było nieco ciekawiej, gdyż drobinki były bardzo ostre, powiedziałabym, że za ostre dla młodej ceny (bo takie ma przeznaczenie), dlatego typowy peeling robiłam nie częściej niż raz w tygodniu, ale i w tej opcji sprawdzał się bez zarzutów. Jako maseczka stosowałam go rzadko, zdecydowanie częściej miałam inne maseczki na twarzy niż akurat tę, także powiem tylko tyle, że nie wysusza, ale i nie wiele robi innych rzeczy. W żadnej z wersji nie oczyszcza porów.


Czas na ultra oczyszczające plastry na nos.
O nich słyszałam dwie różne opinie: bardzo dobre i bardzo złe. Dlatego też nie wiedziałam jak podejść do nich i czego się tak naprawdę spodziewać. 
W jednym opakowaniu mamy 4 oddzielnie zapakowane plastry.
Przy Aplikacji właściwie nie ma za wielu problemów, poza tym, że plastry są sztywne, więc po przyłożeniu do nosa trzeba je zwilżyć i dobrze przyłożyć. Jedyną dziwną rzeczą przy aplikacji był dla mnie zapach. Czułam po prostu plastik. Trochę mnie to zniechęciło. Po 10-15 minutach ściągamy i mamy żadne efekty. Jeden plaster usuwa ok 4 porów :D czyli czyste szaleństwo.



Na koniec bibułki matujące. Co prawda nie miałam takiej typowej sytuacji, aby je wypróbować, ale raz czy dwa się zdarzyło. Zacznę od tego, że faktycznie delikatnie niwelują błyszczenie (matują), ale zbierają też ze sobą trochę naszego makijażu... także niezbyt fajne rozwiązanie. Myślę, że sprawdziło by się u dziewczyn, które nie używają podkładów i pudrów oraz u mężczyzna ;). Bibułki są miękkie, nie rwą się.





Ze wszystkich kosmetyków z selfie project najbardziej przypodobał mi peeling, który prawdopodobnie kupię jeszcze w przyszłości :) szczególnie, że cenową nie wygląda najgorzej (ok. 14 zł/150 zł).