poniedziałek, 16 października 2017

Prosty przepis na oponki serowe!

Witajcie!
W kuchni nie wyglądam dość dobrze :D gotować umiem, jednak nie uważam się za Master Chefa czy coś w ten deseń, a Magda Gessler zapewne nie raz dałaby mi po rączkach. Jednak jako kobieta trzeba się rozwijać i spełniać, dlatego nie poddaję się i podejmuję się wyzwania :D.
Dziś przychodzę do Was z prostym przepisem na oponki serowe, lekko ściągniętym od Kosmetycznie i nie tylko.

Ani to tłusty czwartek czy urodziny, ale po prostu miałam ochotę! :D Jestem w ciąży, mogę ;).

Składniki:
1 i 1/4 szklanki mąki (tej dużej z IKEA :D)
2 duże łyżki cukru
2 żółtka
2 małe łyżeczki proszku do pieczenia
2 czubate łyżeczki cukru waniliowego (wanilinowego jak kto woli ;))
2 czubate łyżki śmietany 18%
250g twarogu półtłustego

cukier puder ;)


Sposób przygotowania:
Wszystko zagniatamy na jednolitą masę. Później rozwałkowujemy w zależności od uznania na grubość (a także wg uznania używamy wałka albo ... tak jak ja butelki :D bo nie mam wałka....). Od szklanki odbijamy kółka, a później mniejszą szklanką, bądź kieliszkiem, środki. Surowe oponki wrzucamy na rozgrzany, głębszy olej i smażymy do uzyskania ładnego koloru i chrupkości. Gotowe oponki zdejmujemy na ręcznik papierowy (aby odsączyć z tłuszczu) i posypujemy cukrem pudrem. Wszystko zajmuje ok. 1 godziny.

Moje oponki nie są przesłodzone (nie przepadam za sacharozą trzeszczącą pod zębami), a cukier puder dodaje słodyczy. Podawać można tak po prostu z cukrem pudrem lub ze słodką śmietaną, sosem owocowym czy miodem. Zapijamy ciepłym kakao, albo kawą :).

środa, 11 października 2017

Hybrydy CALERSA - PURPLE GIRAFFE 608 i PINK BLINK 900

Witajcie!
Jesień już na dobre zagościła się w naszych ogrodach, więc przełamuję jej ponurą poświatę słodkimi kolorami hybryd od CLARESA. Dziś przedstawiam Wam kolejne (TUTAJ były pierwsze :)) PURPLE GIRAFFE 608 oraz PINK BLINK 900.
Oba kolory, jeszcze oglądane w internecie, przyciągnęły moją uwagę, jak było po aplikacji? O tym dalej :).

PURPLE GIRAFFE 608 to ładny, pastelowy fiolet w starej formule. Jednak jego aplikacja była bardzo przyjemna i delikatna. Pokusiłabym się nawet na jedną grubszą warstwę, bo dwie cienkie kryły nad idealnie :). Kolor naprawdę przyjemny, jednocześnie totalnie inny niż prezentowany na etykiecie - co widać na zdjęciach.


PINK BLINK 900 to klasyczny, słodki róż. Dla mnie skojarzył się z manicure ślubnym i nie bez powodu, po aplikacji naprawdę prezentował się delikatnie i przyjemnie, właśnie tak dla panny młodej :). Nowa formuła to synonim krótkiej końcówki pędzelka i gęstej konsystencji, co jednak nie sprawiło mi kłopotu przy aplikacji. Także i w tym przypadku jedna grubsza warstwa (szczególnie, że lakier jest bardzo gęsty) kryje wystarczająco. Tutaj także kolor z etykiety ni jak się ma do efektu końcowego, ale jest piękny! Jak na razie mój faworyt :).


Trwałość obu kolorów jest podobna, chociaż po 10 dniach fiolet lekko odprysnął mi na jednym z paznokci. Po ponad 14 dniach lakier zszedł już bez zmywacza (wiem, katorga dla płytki). Podczas aplikacji nie spiłowałam mocno płytki, szczególnie na odrostach, chcąc zachować twardość paznokcia po zdjęciu lakieru. Nawet to złe zdjęcie hybrydy nie spowodowało osłabienia paznokcia i spokojnie bez odżywki były mocne i niełamiące się :), a nieznacznie wpłynęło to na trwałość lakieru.
Lakiery w żaden sposób nie rolują się i nie ściągają podczas reakcji z lampą. Współpracują z bazą i topem od NeoNail. 
A jak wasze doświadczenia z lakierami hybrydowymi od CLARESA? Zauważyłam, że co raz więcej z Was ich używa :). Jestem ciekawa Waszej opinii.

czwartek, 5 października 2017

Loreal Maska Czysta Glinka #instadetox

Witajcie!
Na początku zeszlego miesiąca pisałam o moich zakupach w Rossmannie na promocji -49% KLIK. Dziś przychodzę do Was z recenzją Maski Czysta Glinka, która była moją jedyną nowością :).

Regularnie kosztuje 34,99 zł w promocji natomiast ok. 18 zł i uważam, że ta niższa cena jest bardziej odpowiednia, ale do rzeczy :).
Wybrałam wersję detoksykująco-rozświetlającą, bo przede wszystkim zależy mi na zredukowaniu zmęczenia na ostatnio niewyspanej twarzy.
Według producenta pierwsze efekty są widoczne już natychmiast - oczyszczenie i blask, po tygodniu - świeżość i rozświetlenie, dzień po dniu - skóra oddycha i jest widocznie piękniejsza.
Moje efekty? Faktycznie coś się dzieje, czuć nawilżenie, widać delikatną zmianę na skórze, ale to nie jest taki WOW jakiego bym oczekiwała od tak reklamowanego kosmetyku -  a szkoda. 
Maska zamknięta jest w przeźroczystym, szklanym słoiczku, z plastikową nakrętką o pojemności 50 ml. Wygląda to całkiem ładnie i schludnie. Aplikacja nie sprawa większego problemu. Kremowa konsystencja ładnie rozprowadza się po twarzy, nie spływając. Co ciekawe, glinka kojarzy mi się z ziemistym zapachem i piaskowo-błotną konsystencją - tutaj mamy lekko słodkawy, przyjemny zapach i delikatną, przyjemną konsystencję. Jest bardzo wydajna, za co daję wielki plus.



Niewielką warstwę maski aplikuję na twarz co 2-3 dni omijając okolice oczu i ust. Jak to glinka - przy wysychaniu czuć to nieprzyjemne zwędzenie i ściąganie skóry, ale z pomocą przychodzi woda w sprayu z Balea, która od razu przynosi ulgę. Maskę zmywam po 10-15 minutach. Cóż, znów jak to glinka brudzi wszystko na około, ale zmywa się dość dobrze. 

Zaraz po umyciu efekt jest bardzo przyjemny. Miękka, promienista i nawilżona skóra idealnie wchłania jeszcze delikatny krem i tym sposobem mamy zadowalający efekt. Szkoda, że nie jest to spektakularne WOW, ponieważ mogłabym tą maskę porównać z wieloma innymi, tańszym...
Spodziewałam się naprawdę niesamowitego oczyszczenia i zniwelowania wyprysków, jednak tutaj nie zauważyłam widocznych zmian, pomimo już wielu aplikacji. Co jedynie ten blask, faktycznie widzę, że cera jest bardziej promienna.


Znacie tą maskę? A może którąś z jej sióstr? Jakie są Wasze spostrzeżenia? :)

sobota, 30 września 2017

Pomysł na Dzień Chłopaka - zapachy od Radka Majdana

Witajcie!
Post miał pojawić się wcześniej, ale totalnie o nim zapomniałam :), także z małym opóźnieniem, ale jest! 
Dzisiaj, czyli 30 września, obchodzimy Dzień Chłopaka, co prawda mniej hucznie niż Dzień Kobiet, ale zawsze. Moim zdaniem niezależnie od dnia, pory roku czy okoliczności w związku zawsze powinna być ta chęć sprawienia drugiej osobie przyjemności, więc miłością i dobrym gestem powinnyśmy obdarowywać naszego Partnera codziennie, a nie tylko od święta ;).

Przyznam się szczerze, że absolutnie nie planowałam zakupu żadnego prezentu dla D. mimo, iż słyszałam delikatną sugestię o Fifę 2018... :D. Z całego zamieszania wybrnęłam dzięki przesyłce od Vabun. Po prostu przeczuwałam, że będą tam kosmetyki męskie (nie spodziewałam się, że aż tyle :)) i nawet wysłałam D. do kuriera po tą paczkę. Czyli problem mam z głowy ;). 

Zacznę może od przestawienia marki. Vabun to linia kosmetyków od Państwa Majdanów, czyli Radka Majdana i Małgosi Rozenek-Majdan. Osobiście bardzo ich lubię za poczucie humoru i naturalność. 

O kosmetykach dowiedziałam się dopiero podczas tej akcji, a warto wspomnieć, że są dostępne w Drogeriach Hebe (teraz nawet w promocji), salonach mody męskiej Pako Lorente oraz na stronie Vabun.


Na pierwszy strzał poszła męska woda perfumowana SPORT o pojemności 100ml (cena ok. 89 zł). W dość tanio wyglądającej fiolce. W zapachu powinno się odczuć nuty kardamonu, drzewa sandałowego, piżma oraz ambry. Nawet nazwa sugeruje, że jest to zapach dla osób aktywnych. Przypadł w gusta mojego D., chociaż na co dzień używa innych zapachów. W moim przypadku to zapach naprawdę typowo męski i na szczęście nie czuć w nim taniej podróbki (jak to bywa w tańszych zapachach). Jest to jednak bardziej zapach dla młodego osobnika płci męskiej niż dla dojrzałego mężczyzny. Perfumy całkiem przyzwoicie utrzymują się na ciele.

Jeżeli chodzi o żele pod prysznic, to opakowania wyglądają naprawdę luksusowo i pachną tak typowo męsko. Faceci z reguły nie mają wielkich wymagań co do żeli: ma się pienić, dobrze myć i pachnieć. Tak też jest w tym przypadku. Dodatkowo, jako kobieta doceniam, że nie wysusza męskiej skóry i nadaje się do mycia męskich włosów.


Dla mnie przypadł zapach w wersji No.1. O ile kartonik jest ładny, tak fiolka już wygląda tanio... no cóż. Zapach kwiatowo-leśno-orientalny jest dla mnie bardzo ciężki i tu zdecydowanie poleciłabym go dla naprawdę dojrzałej kobiety. Ja jednak wolę aromaty świeże i bardziej delikatne. Nie testowałam trwałości perfum, gdyż zapach naprawdę nie leży w moich gustach :). Cena taka sama jak w przypadku zapachu męskiego ok. 89 zł jednak za połowę objętości, bo tylko 50 ml.
Przypominam, że zapachy i żele dostępne są w Drogeriach Hebe (teraz w promocji), salonach mody męskiej Pako Lorente oraz na stronie Vabun
Czy Wy, albo Wasi partnerzy mieliście styczność z tą marką? :)

Poza tym na Dzień Chłopaka dla swojego Partnera możecie zaproponować to, co oni proponują nam na Dzień Kobiet - kino, kolacja (pizza :D), spacer i kwiaty :D.


wtorek, 26 września 2017

JOICO K-PACK regeneracja włosów

Witajcie!
Wrzesień zaczął się deszczowo a kończy całkiem fajną pogodą ... a ja dziś do Was przychodzę z opisem zabiegu, z którego miałam okazję skorzystać właśnie w deszczowy, wrześniowy poniedziałek, a dokładnie 4-go września.

Około godziny 9 zasiadłam na niezwykle wygodnym fotelu w Salonie Day Spa Małgorzaty Bartoszewicz w Białymstoku, przy ul. Bacieczki 202A, gdzie Gosia na moich włosach wykonała zabieg JOICO K-PAK regeneracja włosów.
Jak wiecie rzadko odwiedzam fryzjera (tylko podcinam końcówki) także taka wizyta była dla mnie nie lada wydarzeniem :).
Sam zabieg trwał nieco ponad godzinę, a na jego etapy składały się:
Etap 1 – OCZYSZCZANIE 
Oczyszczanie włosów ze wszystkich zanieczyszczeń, nie tylko tych, które osiadają na nich w ciągu dnia, ale przede wszystkim ze wszelkiego rodzaju substancji, które zawierają szampony i odżywki. Tutaj także zostają otwarte łuski włosa, aby pozostałe etapy miały sens. Mokre włosy są skrzypiące.
Etap 2 – WYGŁADZANIE
Wyrównanie powierzchni włosa, jego porowatości oraz zakwaszenie.
Etap 3 – REKONSTRUKCJA
Chyba główny etap całego zabiegu, czyli aplikacja Rekonstruktora, który skutecznie regeneruje włos na całej długości.
Etap 4 – NAWILŻANIE
Dogłębne nawilżenie włosów, które stają się lśniące. To tutaj włosy stają się wygładzone, nabierają elastyczności, sprężystości i blasku.



W przerwach mogłam delektować się słodką czekoladą do picia oraz gazetami. Na szczęście Oleńka spała i również pozwoliła mi odpocząć :).

Po takim zabiegu nie powinno się myć włosów przez 48 godzin.

Na koniec Gosia wysuszyła mi włosy i wyprostowała prostownicą z keratyną.

Moje efekty?
Pierwsze 3 tyg. były niesamowite. Włosy były miękkie, gładkie, błyszczące i widocznie odżywione. Co ważne w moim przypadku nie plątały się! Pomimo deszczowej i wilgotnej aury włosy nie puszyły się nadmiernie. Teraz efekt wygładzenia nieco znikł, ale miękkość została. Myślę, że to też kwestia, że "nie dobijałam" keratyny, a to ponoć wydłuża efekty. Całość powinna utrzymywać się do 28 myć, u mnie znikło to nieco wcześniej. Co nie zmienia faktu, że 3 tygodnie to i tak długo! :)
Mimo tego, mam nadzieję, że jeszcze nie raz zawitam w progach Gosi, bo tak w jej lusterku pomyślałam: a może nowy kolor albo inna fryzura? Kto wie :D na pewno na poważnie pomyślę o tym dopiero po porodzie :).

czwartek, 21 września 2017

Kolagenowa maseczka pod oczy - PUREDERM

Witajcie!
Dziś przychodzę do Was z ciekawym kosmetykiem :D, także od razu przechodzę do rzeczy.

Maseczkę testowałam dzięki portalowi streeccom.pl oraz akcji ambasadorskiej drogerii hebe.

W skromnym opakowaniu mamy zapakowane 30 sztuk cienkich, nasączonych płatków pod oczy. Faktycznie wyjęcie dwóch konkretnych może zająć trochę czasu i trzeba uważać, żeby nie przykleiło się więcej. Pozostałe zamykamy w szczelnym opakowaniu i czekają na kolejną aplikację nie wysychając.

Poświęciłam dwa płatki, aby pokazać Wam jak wyglądają (nie, z twarzą się dziś nie pokażę :P). Są fajnie nawilżone i idealnie przylegają pod oczy. Mają delikatny, słodkawy zapach, jednak nie jest mocno wyczuwalny i nie podrażnia oczu.

Po 15 minutach zdejmujemy płatki (które wciąż są wilgotne) i delikatnie resztę substancji wklepujemy pod oczy. Ja trzymam ok 20 minut.


Efekty? Nieduże, ale są. Po pierwsze czuć ulgę w okolicach oczu, nie odczuwam porannego zmęczenia (jakkolwiek to brzmi :D). Z reguły sypiam dobrze, ale ostatni dni dały mi nieco czadu i sen nie był na tyle satysfakcjonujący jak powinien. Płatki w delikatny sposób zredukowały to zmęczenie. I o ile zaczerwienień czy sińców pod oczami nie mam, tak wory (te okropne z niewyspania, kto ich z nas nie miewa?) widocznie się zmieszają, ale prawdziwy efekt widać dopiero po nałożeniu make upu :).
Są to moje pierwsze płatki pod oczy i chyba ostatnie. Zdecydowanie lepsze efekty widzę po użyciu dobrego serum lub kremu.

poniedziałek, 18 września 2017

Rozdanie! #selfieproject

Witajcie!
W ten prawdziwie jesienny poniedziałek przychodzę do Was z rozdaniem! Do zgarnięcia zestaw kosmetyków marki #selfieproject!
Bibułki i plastry testowałam jakiś czas temu i pisałam o nich TUTAJ

Co można zgarnąć:
- płyn micelarny
- puder antybakteryjny
- oczyszczające plastry na nos
- bibułki matujące

Kosmetyki są oczywiście nowe! ;)


Warunki uczestnictwa:
1) prowadzić swojego bloga obserwować bloga maartysia.blogspot.com
lub
2) posiadać aktywne konto na instagramie i obserwować martysia5

(posiadając bloga i instagrama można zgłosić się w dwóch miejscach! Do zgarnięcia tylko jeden zestaw! :))

3) W komentarzu wyrazić chęć uczestnictwa wraz z adresem e-mail kontaktowym / na instagramie w komentarzu zapraszamy jednego znajomego (bez adresu email!).

Rozdanie trwa do 8.10.2017.
Kto się zgłasza? :))





wtorek, 12 września 2017

Marion - profesjonalna pielęgnacja włosów

Witajcie!
Dawno nie pisałam o moich włosach, więc pora się delikatnie rozpisać :). 
Zacznę od tego, że początkowo w ciąży włosy zaczęły mi wypadać (nie należę do tej grupy kobiet, które pięknieją w ciąży... od dziś wierzę, że muszę urodę dzielić na pół z moją Oleńką ;)), nie jestem łysa, ale pielęgnacja włosów w moim przypadku się nieco zmieniła.
Po pierwsze, to właśnie to wypadanie. Po drugie, szybciej się niszczą (suszarki unikam kiedy tylko mogę!). Po trzecie, wcale nie rosną szybciej, ale za to jakby szybciej się przetłuszczają. Ach te hormony! :)

Zestaw kosmetyków od Marion do włosów suchych i zniszczonych oraz odżywka do włosów słabych ze skłonnością do wypadania to idealny komplet do moich testów.

Skład jest średnio średni, bo gdy widzę gdzieś z początku "SLS" to już mina mi lekko kwaśnieje. Pomijając fakt, że czystego, organicznego "argan oil" nie znalazłam w spisie składu... ok, ale to przecież nie miał być szampon na naturalnych składnikach ;).

Szampon intensywnie regenerujący jest zamknięty w 400 ml tubie z pompką (moje ulubione rozwiązanie!) i barwy przeźroczystej. Tu cieszy mnie ta przeźroczystość, bo jak wiecie, gdy szampon ma perłowy kolor to może powodować swędzenie skóry głowy (często się to zdarza w moim przypadku!). 4 pompki to jak dla mnie jedna porcja. Jednak szampon średnio się pieni i średnio oczyszcza włosy, potrzebuję 3 prób mycia...  Niestety, tym bardziej słabo radzi sobie ze zmywaniem maski, włosy są po prostu niedomyte ... Pachnie lekko owocowo, przyjemnie i  świeżo.



Odżywka intensywnie wzmacniająca to również 400 ml tuba z pompką. Trzy pompki idealnie wystarczają na moje włosy. Dzięki niej włosy stają się miękkie i lśniące. Jednak przy częstszym niż moje używaniu (ja stosowałam ją co 2 mycie, czyli ok. 2 razy w tyg.) może widocznie obciążać włosy, a tak są tylko lekko dociążone, satysfakcjonuje mnie ten efekt. Zapach bliżej nie określony, lekko słodkawy, przyjemny, chwilę utrzymujący się na włosach.



Maska intensywnie regenerująca to 450g kosmetyku w wielkim plastykowym pojemniczku, klasycznym dla masek. Z aplikacją nie ma większego problemu, nie spływa z włosów. Dziwny jest jednak zapach, taki mydlany, niezupełnie pasujący do maski, bardzo mnie to zaskoczyło. Oczywiście aplikowałam tylko na włosy po długości od ucha w dół, pomijając skalp. W wersji "tuż przed myciem" było całkiem ok, chociaż szampon z zestawu nie radził sobie z dokładnym myciem, a w wersji "na noc" było lepiej (zmywałam innym szamponem). Włosy były lśniące i miękkie, nie wymagały dodatkowej odżywki (wtedy na pewno bym miała klejące strąki na głowie!), dobrze się rozczesywały. Wadą jest fakt, że tak samo jak odżywka bardzo obciąża włosy, więc używałam jej sporadycznie, nie łączyłam z odżywką.



Na deser chusteczki pielęgnacyjne - do higieny intymnej i odświeżające. Opakowania zawierają odpowiednio 10 i 15 sztuk chusteczek. Tutaj plus za brak alkoholu w składzie! Czyli nie wysuszają :). W upały idealnie sprawdzały się do odświeżenia skóry, czy przetarcia dłoni. Tego typu chusteczek używam raczej w podróży, także jeszcze trochę mi posłużą :).

Niestety, nie mam faworyta w serii pielęgnacji włosów, trudno wyłonić tu jednego zwycięzcę. W każdym z kosmetyków widzę plusy i minusy, co może też wynikać, że oczekuję naprawdę spektakularnych efektów :). Na pewno nie nazwałabym serii "profesjonalną". Chociaż opakowania wyglądają naprawdę dobrze to z efektami bywało różnie. Po prostu trzeba nauczyć się korzystać z tych kosmetyków.