środa, 13 grudnia 2017

PROSALON - Keratyna w płynie

Witajcie!
Która z nas nie marzy o gładkich i błyszczących włosach? ... chyba każda ;). Trudno znaleźć jeden kosmetyk, który rozwiąże nasz problem. Miałyście kiedyś styczność z keratyną w płynie? Jeśli nie (i jeśli tak to też :P) to zapraszam do dalszego czytania :).

Kosmetyk testowałam dzięki portalowi streeccom.pl oraz akcji ambasadorskiej drogerii Hebe.


Kosmetyk w formie płynu mieści się w konkretnej butli o pojemności 275 g (myślę, że ok. 250-300 ml) z wygodnym aplikatorem jako spryskiwacz. Zapach typowy dla keratyny (albo mi się tak zdaje, bo każda keratyna, z którą miałam styczność pachniała tak samo), jakby lekko słony, średnio przyjemny. Na szczęście szybko się ulatnia z włosów.

Kosmetyk aplikuję na wilgotne włosy, zaraz przed modelowaniem i suszeniem włosów.





Będę szczera i nie będę ukrywać, że najlepszy efekt widziałam jak po użyciu wyprostowałam włosy. Były miękkie, błyszczące, ujarzmione i sypkie. Kiedy prostuję włosy tradycyjnie zazwyczaj włosy się puszą i są dziwnie sztywne. 
Kiedy suszę włosy tylko na grubej szczotce są one delikatnie bardziej proste i nie szaleją z prawej na lewą, jednak nie mają tak wyraźnego blasku.
Nie obciąża włosów.

Czy polecam? I tak i nie. Fakt, że kosmetyk jest bardzo wydajny zachęca (275 g/ok.16 zł). Myślę, że zdecydowanie bardziej sprawdzi się u osób, które codziennie prostują włosy. U mnie są to naprawdę okazjonalne epizody :). Co nie zmienia faktu, że poza zapachem dostrzegam same plusy.

czwartek, 7 grudnia 2017

Hybrydy CLARESA - różowo mi

Witajcie!
Wpis pojawia się z dobrym opóźnieniem, ale są takie elementy, które nawet spóźnione są wciąż na czasie - mowa tu o kolorach lakierów hybrydowych od Claresa.
Tym razem czas na róż!
Od razu powiem, że po opakowaniu i zdjęciach w internecie spodziewałam się dwóch kompletnie odmiennych kolorów, różniacych się od siebie bardzo stanowczo. W efekcie wyszły bardzo podobne...
przedstawiam Wam 511 PINK MONKEY oraz 510 PINK TIGER, oba w nowej formule.

Zacznę od 510 PINK TIGER. Oczekiwałam ciemnego, dojrzałego różu. Faktycznie, nie jest to cukierkowy ani maślano-słodki róż, jednak dla moich odczuć jest nieco za jasny. W samotnym manicure prawdopodobnie sprawdzi się przyjemnie, ja chcąc "zaszaleć" skojarzyłam dwa odcienie różu.... co niestety nie miało żadnego efektu. Różowego tygryska widzimy na palcu wskazującym.



Róż w nazwie 511 PINK MONKEY to bardziej mój typ. Taki klasycznie różowy rozweselacz, idealny na każdą porę roku i każdą okazję. Kolor pięknie się prezentuje i zapewne wskoczy na listę moich faworytów z Claresa :).


Jak wspomniałam wcześniej, oba lakiery są już w nowej formule, a co za tym idzie mają krótsze pędzelki i ich konsystencja jest bardzo gęsta. Tym razem nie miałam żadnego problemu z aplikacją (chociaż lakier delikatnie się ciągnął). Dwie warstwy były idealne (nawet jedna wyglądała całkiem w porządku), nie pojawiły się żadne pęcherzyki, bruzdy, smugi ani przebicia.

Oba kolory trzymały się wystarczająco na moich paznokciach, a ich zmycie nie sprawiało większego problemu. Znikły tylko i wyłącznie z powodu wielkiego odrostu :D (po ponad 2 tygodniach!).
Jak Wam się podobają kolory? :)


Obecnie mam krótką przerwę w malowaniu paznokci. Zostały mi do sprawdzenia jeszcze dwa kolory od Claresa, których nie miałam okazji aplikować na pazurki. Jednak poczekam do świąt, wtedy postaram się zmajstrować jakiś fajny, świąteczny efekt, w końcu nie na darmo kupiłam zestaw pędzli do manicure :D. (P.S. chyba, że Ola nie pozwoli na chwilę SPA dla mamy :D).

niedziela, 3 grudnia 2017

Podsumowanie promocji -49/55% rossmann

Witajcie!
Był już czas na oswojenie się z nowościami, to także jest czas na szybkie i dość krótkie podsumowanie tych kosmetyków, które kupiłam podczas niedawnej promocji w rossmannie. Ciekawi czy nie żałuję wydanych pieniędzy? :) Zapraszam do dalszej części wpisu.
P.S. Niestety, nie mam pamięci do cen, a rachunek poszedł dawno w zapomnienie... ale nie były to kosmiczne kwoty.

Potrzebowałam pudru, mój ostatni puder z Manhattanu po prstu zrobił się pudrem w kulkach, albo bardziej w piasku :D ... z resztą było go już tak mało, że nie było czego aplikować na twarz :D.Oczywiście w moim rossmannie nie było szafy Manhattan... a ja zdesperowana wzięłam bliżej nieznany mi puder od Lovely. W szafie był zdecydowanie jaśniejszy i niebłyszczący. Czy po pierwszej aplikacji byłam zaskoczona? Trochę tak, bo pomimo ciemnego wyglądu na twarzy jest całkiem jasny, a drobinki... nawet je lubię :D. Ładne matuje przy użyciu już niewielkiej ilości kosmetyku, jednak dość krótko utrzymuje się na twarzy. Nie schodzi dziwnymi plamami, a raczej równomiernie, szybciej w strefie T. 

Zielony korektor w pisaku od WIBO. To najmniej udany mój zakup, choć wciąż wart. Jeżeli chodzi o krycie czerwonych odcieni to faktycznie całkiem dobrze sobie radzi. Nie powoduje świecenia się i zatłuszczania skóry. Gdzie wady? Bardzo mocno podkreśla suche skórki, stąd też do ukrywania pękniętych naczynek czy nawet cienia pod oczami jest ok, ale do zmian skórnych już nie, bo bardziej je uwidacznia. Wszakże wciąż jest w porządku.

Czas na kosmetyk z mojej listy KWC - szerzej opisywałam go TUTAJ. Podkład Maybelline Affinitone jak dla mnie jest faworytem od wielu lat i mam nadzieję, że nic tego nie zmieni :). Moim jedynym zaskoczeniem w tym roku był fakt, że po przyjściu do domu znalazłam w zapasach drugą, nigdy nie otwieraną tubkę... :D.


Ostatni kosmetyk z promocji, a jednocześnie kolejny z listy KWC i moja nowość to płynna pomadka K*Lips od Lovely, szerzej opisana przeze mnie TUTAJ. Jednym słowem - warto! :) moje największe pozytywne zaskoczenie tegorocznej promocji.

A jak Wy podsumujecie swoje zakupy w rossmanie? Były warte swojej ceny? A może nie skorzystałyście z tej promocji :)

wtorek, 28 listopada 2017

Regenerujący krem do rąk - La Roche-Posay

Witajcie!
Ci co mnie śledzą na IG wiedzą, że moja rodzina się powiększyła :). Także moja nieobecność jest usprawiedliwiona! :) Mała Oleńka jest już z nami, ja już doszłam do siebie, także powoli ucząc się siebie ustalamy swoją codzienność.
Jesień w pełni, a powiedziałabym nawet, że przedsionek zimy. Czas przyznać się, która z Was w tym okresie nie narzeka na suche dłonie? Zmiana temperatur, suche powietrze w domach, chłód na dworze i nasza skóra wygląda i staje się jak tarka, do tego w nieestetycznym białym kolorze. W tym okresie warto zdecydowanie bardziej zwrócić uwagę na pielęgnacje dłoni (ale także skóry całego ciała!) pamiętając o kremach do rąk!
Na rynku kremów do rąk mamy od koloru do wyboru. Nie każdy jest siebie wart, ale każdy jest wart wsmarowania w dłonie, czy kosztuje 3 zl czy 30 zł ;). Dziś przedstawiam Wam jeden z kremów z chyba wyższej półki. Lipikar Xerand regenerujący krem do rąk kosztuje w okolicach 18-25 zł/50 ml. Czy jest wart swojej ceny?


Krem ma dość rzadką konsystencję jak na tego typu kosmetyk, ale nie rozlewa się. Zapach hm... typowo kremowy jakby rumiankowy, bez szału, bez większej intensywności. W moim przypadku wchłaniał się dość szybko. Mam taką zasadę, że kremuję tylko wierzch dłoni (chyba, że mam czas to całe) i pewnie dlatego nie odczuwam tego, że się klei, czy filmuje. Nawilża przeciętnie, szczególnie jeżeli chodzi o przyrównanie do ceny i fakt, że ma regenerować, a nie tylko nawilżać.
Mała, 50 ml, buteleczka idealnie pasuje do damskiej torebki, a jednocześnie jest wydajna.

Każdy ma swój sposób na kosmetyki. Także jeżeli drażni Was fakt lekko tłustej dłoni to nie polecam, może rozczarować. Do delikatnej, codziennej pielęgnacji jak najbardziej polecam.
Ja go używałam w szpitalu, gdzie dłonie są narażone na różne wysuszające czynniki. Poradził sobie bardzo przeciętnie... 

Znacie ten krem? Co o nim sądzicie? :)

P.S. Jak się Wam podobają "nowe" zdjęcia na blogu? zauważyliście zmiany? :) Dodam, że lada dzień szykują się kolejne zmiany w jakości zdjęć :).

poniedziałek, 20 listopada 2017

Truskawkowe LOVE od LPM!

#truskawkowylpm #ambasadorkalpm #lpmprzedluzalato

Witajcie!
Ostatnio miałam okazję zostać ambasadorką marki Le Petit Marseillais, która pomogła poczuć lato w jesienno-zimowe kąpiele. Kilka dni temu przyszła do mnie pięknie zapakowana paczucha, a w niej truskawkowy żel pod prysznic, próbki do rozdania koleżankom i urocza truskawka do parzenia herbaty (idealna na jesień, aby przypomnieć sobie o ciepłym lecie!).
Może Was zdziwić dlaczego tak szybko przychodzę z recenzją kosmetyku - po prostu lada dzień mogę być już z Olą, a wtedy będę miała ważniejsze sprawy niż kosmetyki :). Zapraszam do dalszej części postu, aby poznać moją opinię o żelu :).
Opakowanie do konkretne butla, zamykana na dość wygodny klik. Sama szata graficzna jest przeciętna, czerwona barwa, na której brakuje mi jednak wyraźnego zaznaczenia, że to truskawka :). Zapach w butelce jest cudowny, truskawkowy i naprawdę letni!

Żel ma przede wszystkim myć, dobrze myć i tak jest w tym przypadku. Pół przeźroczysty, dość rzadki jak na żel kosmetyk, w czerwonej barwie dobrze się pieni, ale też jednocześnie dobrze zmywa się z ciała po kąpieli. Zapach trochę się zmienia, odczuwalna jest delikatna goryczka, jakby wraz z truskawkami były też liście. Jednak zapach wciąż jest przyjemny i nieprzytłaczający.

Po takim prysznicu, w truskawkowym żelu, skóra nie jest sucha, chociaż ja i tak wspieram pielęgnację kremami nawilżającymi (jednak jesienią/zimą trzeba :)), a dodatkowo zapach czuć na skórze jeszcze jakiś czas po kąpieli. Bardzo przyjemnie otula i pozwala na chwilę odprężyć się w chłodne, jesienne wieczory, wspominając letnie, ciepłe poranki przy herbacie zaparzonej w uroczej truskawce! :)


czwartek, 16 listopada 2017

Moje prywatne KWC!

Witajcie!
Zapewne każda z Was ma wśród swoich kosmetyków takie, do których zawsze wraca (może czasem z podkulonym ogonem? :)). Dziś Wam przedstawię kilka moich prywatnych KOSMETYKÓW WSZECH CZASÓW, które pomimo testowania nowych, innych i tak zawsze wracają do moich łask!

Kontrowersyjne kostki Lady Speed Stick to jeden z moich kosmetyków używanych od lat. Wersja w żelu mi nie pasuje. Pomimo faktu, że podczas zmiany ubrań brudzi na biało to naprawdę nie mam większych zastrzeżeń. Zapachy są delikatne, nie śmierdzące i eliminujące zapach potu. Zarówno latem jak i zimą mogę im zawsze zaufać! Nie wysusza i nie podrażnia skóry pod pachami. Nie miałam też problemów z drożnością kanałów potowych (tak to się nazywa?). Kiedyś podczas używania jednego z dezodorantów miałam okropne bóle pod pachami, a okazało się, że po prostu mnie "zatkało".
Jedynym konkurentem jest tu bezwonny, naturalny ałun, którego ciężko dostać w każdej drogerii.
Cena Lady Speed Stick to ok. 10 zł, w promocji(często w rossmannie) nawet 5-6 zł, wydajność ok. 3-4 miesięcy codziennego używania.

Pomadka w płynie K*lips - Lovely to moje najnowsze KWC! Uwierzcie mi, spróbujecie raz i ją pokochacie :), szczególnie jeżeli traficie z odcieniem dla siebie. Więcej o moich niesamowitych przeżyciach z tym kosmetykiem poczytacie TUTAJ :).

Szampony od Balea to moje ideały już od kilku lat. Odkąd mam do nich niemal bezpośredni dostęp (od brata z Niemiec ;)) wiem, że zawsze jestem bezpieczna. Dlaczego? Skład mają dobry, taką mocną 4, nawet z plusem!, cena jest elegancka (ok. 0,65 Euro), wydajność nienaganna, zapachy przeróżne, a przede wszystkim dobrze myją! Testuję wiele szamponów i odżywek, czasem są lepsze, a czasem gorsze. Te gorsze często powodują dziwne zjawiska na mojej głowie (przesuszenie, przetłuszczenie, sztywniejące włosy, uczucie niedomycia). Balea, niemal jak Baby Dream (notabene też dobry szampon!) zawsze pomoże mi wyjść z opresji i wyczyści wszystko tak jak trzeba, bez powtórki problemu. Minusy? Niedostępny stacjonarnie w Polsce, główny dystrybutor niemiecka drogeria DM (mają go w ofercie niektóre sklepy internetowe i lokalne sklepy z kosmetykami z zachodu). Dla mnie to nie problem, mam prywatnego dystrybutora ;).


Zmywacz do paznokci marki BeBeauty, dostępny przede wszystkim w Biedronce. Nie pamiętam ceny, dawno nie kupowałam, ale domyślam się, że coś w okolicach 7 zł (trafiłam? :D). Zmywacz w składzie nie ma acetonu, pachnie jak zmywacz... a jego główna zaletą, poza oczywiście idealnym i szybkim zmywaniem zwykłego lakieru (nawet czerwonego i czarnego!) to pompka do dozowania ilości kosmetyku nabieranego na wacik, a co za tym idzie nienaganna wydajność i, co może niektórym wydaje się dziwne, bezpieczeństwo. Otwarta buteleczka nawet jak się przewróci to nic nam nie zaleje i nie uszkodzi. W klasycznych buteleczkach bywa przecież różnie.

Podkład do twarzy Maybelline New York Affinitone to ten typ podkładu, który od zawsze mam w zapasie. Odcień idealnie mój. Nie roluje się, nie wysusza, ładnie matuje i wyrównuje koloryt, nie zmienia koloru (nie ciemnieje), efekt dość długo utrzymuje się na twarzy. Czasem potrafi się mazać na skórze, ale dobra wprawa w aplikacji czy to pędzlem, czy palcem, czy nieszczęsną gąbeczką do twarzy i problem znika. Zdarza się, że podkreśla suche skórki, ale na to sposób kilka kosmetyków niżej :). Potrafi też To był niemal cud, że znalazłam odcień idealny dla mnie, a do tego nie ma większych minusów. Cena jest chyba normalna, regularnie kosztuje ok. 28 zł (w rossmannie, ale można go znaleźć już za 15 zł), ja jednak zawsze kupuję go na promocji w rossmannie :D. Jak dla mnie mega wydajmy pomimo małej objętości.


Peeling, Maseczka, Żel myjący z glinką od Garnier... to mój klasyk od wielu, wielu lat. Jako żel idealnie myje twarz ze wszystkiego, podkład, pomadki, pudry - nic mu nie straszne. Jako peeling delikatnie masuje skórę, złuszcza naskórek i pozostawia skórę gładką. Jako maseczka odświeża i matuje twarz. Jest bardzo wydajny i ma przyjemny świeży zapach. Nie podrażnia, nie wysusza, ale też niestety średnio oczyszcza pory.
Można go dorwać już za ok. 10 zł (w rosmannie regularnie kosztuje ok. 18zł?, jednak często jest w promocji).


Ostatnia dziś prezentowana perła to myWUNDERBALM od MIYA Cosmetics. Miałam okazję próbować wersji niebieskiej "Call me later" oraz tej turkusowej "I'm Coco Nuts". Skąd taki zachwyt? Kremy są przeznaczone do pielęgnacji całego ciała, ja jednak używam ich typowo do twarzy, zarówno na noc jak i na dzień. Szybko i bez zbędnych warstw wchłaniają się w skórę, co powoduje, że są idealne pod makijaż - nic się nie świeci, a suche skórki znikają raz dwa! Zachęcający, czysty skład powoduje, że skóra jest nawilżona, pełna blasku i zdrowa. Taka mała tubka jest bardzo wydajna i mi starczyło na dobre pół roku :). Kupuję zawsze w drogerii Hebe na promocji za ok. 18 zł. Jak tylko dobrnę do końca wzbogacę się o wersję żółtą i różową :).

Macie swoje idealne kosmetyki? A może któryś z moich KWC jest też Waszym? Czekam na Wasze opinie :).
Prawdopodobnie za jakiś czas pokażę Wam jeszcze kilka moich perełek, jesteście chętni? :)

sobota, 11 listopada 2017

K* lips - Lovely - PINK POISON

Witajcie!
Dziś nadszedł czas na prezentacje kosmetyku, który ostatnio stał się moim No1! Dawno nie byłam tak pozytywnie zaskoczona, szczególnie, że na co dzień nie używam tego typu kolorówki (chyba dojrzewam :D). 
Przedstawiam Wam, chociaż chyba już wszystkim znaną, matową pomadkę w płynie k*lips od Lovely!
Kupiona oczywiście na promocji w Rossmannie (kosztowała ok. 17 zł) - z tego co słyszałam znów są w promocji po 19,99! ;)

Skąd tak wielka ekscytacja? Już się tłumaczę :).
Zacznę od tego, że na co dzień nie maluję ust. Nie malowałam! Dopiero od niedawna przed wyjściem machnę jakiś kolor. Do takich elementów chyba trzeba dorosnąć :D. Mam nadzieję, że to samo czeka cienie do powiek, które aplikuję tylko na wesela i sylwestra... haha :D.

Wracając do sedna sprawy. Pomadka schowana jest w klasycznym "błyszczykowym" opakowaniu z aplikatorem w formie małej gąbeczki. Gładko rozprowadza się po ustach, od razu nadając im kolor, bez konieczności poprawek. Pomimo, że jest matowa nie podkreśla za mocno suchych skórek (de facto aplikując pomadki trzeba pamiętać, że one z reguły wysuszają a nie nawilżają). Do tego miękka konturówka, która jest w komplecie jest idealnie dopasowana kolorem i pozwala na dokładne wykończenie. 


Z kolorem strzelałam i strzeliłam w 10! Naprawdę dobrze się w nim czuję oraz mam wrażenie, że dobrze na mnie leży i pasuje do mnie :D.
Kolor schodzi równomiernie, bez dziwnych odcieni, rolowań czy ubrudzonych ust. Jednak zanim zejdzie trzeba go pochwalić za trwałość! Mi udało się zjeść śniadanie, obiad, deser i dwie herbaty, a kolor wciąż wyglądał dobrze i w sumie nie wymagał większych poprawek! To jest BOMBA! :) Ogromny plus także za to, że się nie klei, usta są jakby przypudrowane, co powoduje, że kolor nie zostaje na przykład na brzegach kubków, nie przyklejają się do nich okruchy z jedzenia czy włosy na wietrze.

Żałuję, że podczas promocji nie kupiłam innych odcieni, chociaż nawet za regularną cenę (ok.25 zł) jest warta zakupu!Jak dla mnie jest to najlepsza pomadka (nie tylko w płynie!) z jaką miałam do tej pory do czynienia. Coś czuję, że w niedzielę wyląduję w Rossmannie oglądając kolejny odcień :D.

P.S. Kolor na ustach pokażę pewnie jeszcze nie raz, ale w obecnym momencie po prostu musicie mi wierzyć na słowo :). Nie wyglądam na tyle dobrze, żeby publikować się z tak bliska ;P.

poniedziałek, 6 listopada 2017

Yankee Candle - RIVIERA ESCAPE

Witajcie!
W związku z niezwykle obecną jesienią przyszedł sezon na woski, który był nieco uśpiony podczas lata :).
W ostatnim czasie zaopatrzyłam się w kilka nowych zapachów. Niestety, te typowo jesienne, o których tak namiętnie myślałam okazały się być niedostępne stacjonarnie. Nie lubię kupować zapachów w ciemno przez internet (chociaż zdarzało mi się) i nie ryzykowałam zamówienia on-line. Zdałam się na swój zmysł węchu i dzięki temu prezentuję Wam zapach RIVIERA ESCAPE.

W tym roku nie miałam takich "typowych" wakacji. Wiecie, w ciepłych krajach, z drinkiem, pod palemką. Nadrobię :D. Zapach, po etykiecie, od razu skojarzył mi się z plażą, słodkim lenistwem, wspomnianymi drinkami. Po zamknięciu oczu chciałam czuć się jak na leżaczku wśród mew i szumu fal morskich. Jak było?

Co prawda mew, fal i leżaczka nie było.... ale zapach jest dość świeży, lekko morski, ma w sobie coś nieopisanego z zapachu wakacji :). Kojarzy mi się bardziej z ogrodem pełnym kwiatów, wciąż usytuowanym w ciepłych krajach. Jednak po dłuższym paleniu potrafi być nużący i ciężki. 

Wszystkie opisywane przede mnie woski zakupuję na stronie goodies.pl, a ten konkretny znajdziecie TUTAJ.

czwartek, 2 listopada 2017

Black Mask - The Crystal Secret

Witajcie!
Swego czasu było bardzo głośno o czarnych maskach (black mask). Właściwie na każdym kroku można było znaleźć jakąś reklamę o cudownym działaniu składników, gdzie niekoniecznie znajdował się ten zbawienny węgiel aktywny.
Co do samego węgla to naprawdę ciekawa sprawa. Często wydajemy niepotrzebne złotówki na kosmetyki, które możemy zrobić same. Tak jest właśnie w przypadku maski peel-off z węglem. Bardzo ładnie oczyszcza naszą twarz z zaskórników, a stosowana systematycznie zdecydowanie polepsza jej kondycję! A przepis jest tak prosty.... podsyłam Wam link do filmu Red Lipstick Monster, w którym pokazuje zastosowanie węgla aktywnego (tak, tego z apteki na problemy z jelitami! :D) w kosmetyce domowej. Moim faworytem jest maska peel-off poprzedzona parówką z cytryną - jest szał! Teraz, ze względu na ciążę zdecydowałam się odstawić tę maskę, bo mam bardzo wrażliwe naczynka na twarzy, a parówka jest niewskazana (a bez parówki efekt jest o połowę słabszy :P). O samym właściwościach węgla chyba opowiadać nie muszę - Red Lipstick Monster dość sprawnie opowiada co i jak. Ja natomiast mogę potwierdzić, że na moją cerę działa zbawiennie, oczyszczająco, absorbująco i oh i ah!
P.S. Maskę aplikuję tylko na strefę T (czoło, nos broda) i delikatnie policzki, inaczej efekt depilacji mamy gratis :D.
P.S. Nietrudno się domyślić, że na zdjęciu nie jestem ja :P.


Co do szalonych masek z internetu i drogerii. Miałam kilka sztuk, które efektem co jedyne cieszyły oko na zdjęciach w internecie. Zdarzały się lepsze i gorsze, jednak bez większego wow. Nie próbowałam masek za 1 $ z alliexpress, jakoś mam obiekcje do takich kosmetyków. "Najlepsze" były te, które w składzie nie miały węgla, a na etykiecie wielki napis MASKA WĘGLOWA czy coś w tym stylu (nie będę podawać nazwy producenta :P). To tak jak z modnym olejem arganowym, który jest albo na końcu składu, ale nie ma go w ogóle, poza napisem na przodzie etykiety :D (marketing!).

Natknęłam się ostatnio na maskę The crystal secret, która nie ma w składzie węgla (albo przynajmniej nie krzyczy o tym, że go ma), a działa na zasadzie masek pell-off. Na zdjęciach wygląda zachęcająco. Niestety nie miałam możliwości testowania jej, chociaż wygląda ciekawie. Szczególnie ze względu na sposób zdejmowania jej. Nie wiem czy natknęliście się na filmy na yt jak dziewczyny zdejmują te maski z bólem i cierpieniem, niejednokrotnie ze wszystkimi włoskami z twarzy :D. Tutaj widać, że maska jest miękka, co pozwala uniknąć tej nieprzyjemniej sytuacji :D.

Ciekawi mnie Wasze doświadczenie z Black Mask w każdej postaci. Czy macie produkty warte polecenia?A może któraś z Was słyszała o The Crystal Secret?

piątek, 27 października 2017

Donegal JUNGLE - akcesoria do makijażu

Witajcie!
Kto z Was śledzi mojego Instagrma wie, że jakiś czas temu otrzymałam paczkę od Donegal. Zawartość była dl mnie kompletną niespodzianką. Dziś pokażę Wam co było w środku, wraz z moimi odczuciami po pierwszych użyciach :).



W przesyłce były akcesoria do makijażu z serii JUNGLE:
oraz
- Myjka do twarzy

Pędzle są fajnie zapakowane w kolorowe kartoniki. Co do samego włosia są przyjemne, zbite i nie sypią się. Są solidne i naprawdę dobrze wykonane. Rękojeść w kolorowy "ombre" design  wygląda na dość trwały i odporny na zniszczeni czy nieestetyczne przetarcia. Poza tym, bardzo przypadł mi do gustu ten pastelowy styl :).

A jak wygląda aplikacja przy użyciu tych pędzli? Będę szczera, jeszcze niedawno do podkładu używałam pędzla do różu (o takim kształcie KLIK) i bardzo lubiłam ten efekt delikatnego muśnięcia. Pędzel jednak zgubiłam (nie wiem gdzie...) i męczyłam się paluchami, bo nie mogłam zdecydować się na żaden pędzel. Fajnie, że Donegal wyczuł moją potrzebę ;). 
Podkład przy pomocy pędzla do aplikacji podkładu nakłada się sprawnie, szybko i płynnie, bez smug i rozmazów. Ścięte wykończenie włosia pozwala ładnie rozprowadzić kosmetyk w okolicach oczu czy nosa.
Cena ok. 25 zł
Pędzla do konturowania brwi także brakowało w mojej kosmetyczce i używałam tych pędzelków, które zazwyczaj są w paletach do brwi. W tym przypadku także było miłe zaskoczenie. Klasycznie ścięty, dość sztywny włos ładnie rozprowadza kolor i zdecydowanie ułatwia konturowanie brwi.
 Mam nadzieje, że oba pędzle będą mi długo służyły :).
Cena ok. 15 zł


Gąbka do makijażu - cena ok. 15 zł
Co do gąbeczek do makijażu jestem od zawsze nastawiona na NIE. Jakoś nie leży mi w dłoni, ciężko mi nią operować i nakładać podkład. Propozycja od Donegal jest zbitą, solidną gąbeczką, która wygląda całkiem solidnie, ale trudno mi powiedzieć jaka będzie jej trwałość, gdyż użyłam jej dwa razy.... i wciąż nie mogę się przekonać do tej metody aplikacji czegokolwiek :).


Na koniec myjka do twarzy. Przyznam się bez bicia - nie użyłam jej jeszcze. Jest tak mięciutka i przyjemna, że postanowiłam zostawić ją do pielęgnacji delikatnej skóry Oli :). Mogę powiedzieć tylko tyle, że po wypraniu nie straciła na swojej miękkości i naprawdę przyjemnie się nią gładzi skórę :D.




Wszystkie akcesoria Donegal możecie dostać na stronie producenta - DONEGAL - oraz w wielu drogeriach i sklepach (swego czasu bardo często widywałam tą markę w wielu sklepach ze stoiskiem kosmetycznym, w każdym mieście).

Znacie tą markę? Używacie jakiś akcesoriów z tej firmy? :)

piątek, 20 października 2017

Yankee Candle - BABY POWDER

Witajcie!
Od kilku dni jestem uwięziona we własnym łóżku i co dziwne wcale nie sprawia mi to przyjemności. Wszystko spowodowane jest pospiechem mojej Oleńki, a przecież jeszcze ponad miesiąc do terminu! Także Kochanie -poczekaj :) my też bardzo chcemy Cię poznać, ale i czasie :).
Jestem osobą w gorącej wodzie kąpaną, więc jak dowiedziałam się o ciąży to od razu kupiłam kilka uniwersalnych ubranek. Jak już była potwierdzona płeć to pez3padlam kupując różowe okruszki. Łóżeczko złożone było już w 5 mc, a wózek zamówiliśmy jeszcze wcześniej. Mam już niemal wszystko (brakuje tylko kilku drobiazgów). Wcześniej wszyscy pukali się w głowę, że za wcześnie i za szybko. A teraz? Mogę spać spokojnie, że wcześniejsza wizyta Oli mnie nie zaskoczy i zamiast wykorzystywać rodzinę i przyjaciół do kompletowania wyprawki mogę bez stresu odpoczywać :).

Taki odpoczynek to okropne nudy :P także nadrabiam woskowe zaległości. W kuferku leżał nieuzyty jeszcze BABY POWDER. Poszedł na pierwszy ogień  (doslownie).

Kolekcja classic dopiero niedawno pojawiła się w moim kominku. Po tym zapachu spodziewałam się czegoś w stylu słodkiego, a jednoczesnie świeżego proszku do prania. W pewnym stopniu tak było, ale..

Znacie zapachy CLEAN COTTON, SOFT BLANKET  i FLUFFY TOWELS?  Jak dla mnie są siostrzano podobne i jak dla mnie bez większego problemu każdy z nich mógłby siebie wzajemnie zastąpić. Do nich dołączam też BABY POWDER. Coś proszkowego, coś świeżego, ale bez szczególnego zachwytu i rewelacji. Z nich wszystkich CLEAN COTTON jest najbardziej wyrazisty. Przy BABY POWDER spodziewałam się WOW! Że obudzi we mnie nieopisaną radość i gotowość do przyjęcia Maluszka. Obeszło się jednak bez żadnego echa i absolutnie nie wywołało we mnie skojarzeń z zapachem dziecięcego pudru czy innych kosmetyków :).
A jak Wasze odczucia? Znacie te zapachy? :)

Wszystkie opisywane przede mnie woski zakupuję na stronie goodies.pl, a ten konkretny znajdziecie TUTAJ.