środa, 28 grudnia 2016

Color CLUB - IT'S RAINING MAN!

To, że granaty i niebieskości są "OK" przekonałam się dopiero niedawno. Jeszcze jakiś czas temu nie było mowy, abym pomalowała paznokcie na inny kolor niż pastel (róż i beż!) czy czerwień. Z czasem przekonałam się do mocniejszych kolorów i naprawdę podoba mi się ta decyzja!

W opakowaniu mój majestatyczny granat wygląda jak holograficzny kolor, wpadający w fiolet. Pierwsze moje skojarzenie? benzyna w kałuży :D. Byłam ciekawa efektu na paznokciach.
Dodam, że nie jest to mój pierwszy lakier z COLOR CLUB. Pierwszy mieliście okazję oglądać niemal rok temu w sylwestrowym poście: KLIK.
Trochę się rozczarowałam, bo odcień fioletowej powłoki się jakoś ulotnił i kompletnie nie było go widać, chociaż zerkałam pod każdym światłem i kątem. A szkoda, bo spodziewałam się fajnego efektu. Oglądając zdjęcia tego lakieru na zdjęciach w grafice google, mam wrażenie, że gdzieś popełniłam błąd :D.
Poza tym lakier bardzo łatwo się aplikuje, wygodny pędzelek ułatwia nakładanie. Dwie warstwy idealnie kryją. Trwałość oceniam wysoko, bo bez użycia żadnego topu umilał mi życie przez pełne 4 dni, z drobnymi odpryskami.
Oczywiście podczas zmywania brudzi dłonie, ale to w sumie normalnie w intensywnych kolorach.
Warto dodać, że lakier idealnie sprawdzi się na zbliżającej się sylwestrowej zabawie :).


sobota, 24 grudnia 2016

Wesołych Świąt!

Kochani,
pomimo wielkiego zabiegania czy świątecznej gorączki, warto, jak co roku, zastanowić się co w tym wszystkim jest najważniejsze. 
Pozwólcie, że pominę kwestię religijną, bo to prywatna sprawa każdego z nas co i w jaki sposób łączy nas z kościołem. Chciałabym się skupić, co prawda przez pryzmat wiary, ale na duchowym przeżywaniu tego święta.
Święta to czas zadumy, zacieśnienia rodzinnej więzi, okres zgody i przebaczenia. Przy łamaniu się opłatkiem warto życzyć drugiej osobie tego co naprawdę szczerze chcemy jej podarować: prawdziwego zdrowia, prawdziwej miłości i prawdziwych sukcesów. Nie warto na siłę chować się pod zasłoną drogich prezentów, mniej lub bardziej trafionych. Nerwy i stres obecne podczas korków na parkingu w galerii, czy krzyków na zmęczoną kasjerkę warto zamienić na ciepłą herbatę z kimś kogo dawno nie widzieliśmy, odwiedzić babcię czy samotną sąsiadkę. Czy nie to jest prezentem i magią świąt? :)

Kto mnie zna to wie, że już drugi rok pomagam zmagać się z Waszymi prezentami - po raz kolejny dowożę je do Was w ostatniej chwili. Naprawdę, brak jakiegokolwiek prezentu pod choiną to nic straconego. Może zamiast często niepraktycznych gadżetów wystarczy sama nasza obecność w ten magiczny dzień? :)

Tak więc Kochani szczerzę życzę Wam spełnienia marzeń, ale nie tych materialnych, ale duchowych. Aby w Waszych sercach było pełno miłości, radości, zrozumienia i troski. Aby Wasze problemy rozwiązywały się mniej boleśnie, a pozytywne nastawienie do życia owocowało samymi dobrymi wspomnieniami! Życzę Wam także wiele życzliwości i cierpliwości w życiu, codziennego ciepła i pełni szczęścia.
Wesołych Świąt! :)


czwartek, 22 grudnia 2016

Yankee Candle - CANDY CANE LANE

Pierwsze (i w sumie jedyne) świąteczne przygotowania w mieszkaniu mam już za sobą, a więc nadchodzę z opisem tego, co dodaje nieco nastroju i świątecznej atmosfery, kiedy nie możemy pozwolić sobie na dużą, prawdziwą choinkę.

Mowa o świątecznych zapachach! W moim przypadku padło na CANDY CANE LANE, które naprawdę robi dobrą, świąteczną robotę!
Na początku wyczuwałam lekko miętową nutę, co kojarzyło mi się jednoznacznie z cukierkami z odpustu :D. Jednak po kilkuminutowym paleniu wyłonił się słodki i pieszczotliwy zapach jakby słodyczy.
Nigdy nie miałam przyjemności tworzyć domku z piernika, gdyż w moim domu poza mną i tatą nie ma łasuchów, a i my mamy swoje granice cukru. Jednak mimo tego jestem sobie w stanie wyobrazić zapach podczas tworzenia takiego domku - pianki, lukier, pienik i moc różnych innych słodkości.

Tak. Mój No 1 na ostatni tydzień przed świętami :).

Do zakupów wosków zapraszam oczywiście tradycyjnie do goodies.pl, a ten konkretny zapach znajdziecie tutaj: CANDY CANE LANE (obecnie nawet w promocji! :)).

wtorek, 20 grudnia 2016

Goodies.pl - ulubione woski

Jak wiecie, z reguły unikam zakupów w internecie. Wydawałoby się, że coś takiego jak woski tym bardziej nie powinno przychodzić do mnie przez kuriera - a jednak! W tej kwestii upodobałam sobie sklep goodies.pl, gdzie już po raz drugi zamówiłam konkretną paczuszkę wosków i kosmetyków. Pierwszą opisywałam TUTAJ.

Tym razem paczuszka była mniejsza, ale równie ekscytująca - pojawiło się w niej kilka nowosci jak dla mnie - nie dotyczyły one zapachów - bo wszystkie są jak dla mnie NOWE!

Woski to 4 sztuki klasyków z yankee candle - BABY POWDER, FLUFFY TOWELS, SNOW IN LOVE i CANDY CANELANE oraz AQUA od kringle candle - czyli moja pierwsza nowość.



Moja nowość, czyli AQUA od kringle candle w opakowaniu pachnie perfumami od Armaniego, których używa mój Dawid (i które na nim uwielbiam!) ciekawe jak sprawdzi się w roli wosku!

BABY POWDER zamówiony ze względu na wiele pozytywnych komentarzy o tym zapachu. Czyli palimy, wąchamy i czekamy na doznania :).


FLUFFLY TOWELS - uwielbiam świeże, wodne i ogórkowe zapachy. Nazwa owego wosku tak mi zabrzmiała - świeżością, proszkiem do prania, czystością. 

SNOW IN LOVE - nie będę ukrywać, urzekło mnie zdjęcie. W śniegu się nie zakocham, ale lada dzień 3cia rocznica poznania Dawida, także fall in love jak najbardziej aktualne <3!

Pierwszy (i jedyny) świąteczny zapach w mojej palecie to CANDY CANE LANE. Pierwsze palenie było pozytywne, a więc jeszcze przed świętami pojawi się woskowy post :).


Na zakończenie nowości kosmetyczne, również z goodies.pl. Pomadka w piekielnie wściekłym różu oraz zestaw do brwi (jednak chyba za jasny dla mnie) z MAKEUP REVOLUTION - nigdy nie miałam styczności z tą firmą także wszystko przede mną :).


środa, 14 grudnia 2016

Ratuję moje włosy - Bioxine

Jest zima (albo jesień, jak kto woli), a to sprzyja wypadaniu włosów. Niestety. W moim przypadku w tym roku stało się to tak obwite i uciążliwe, że postanowiłam, że nie dam za wygnaną i nie będę świeciła łysiną. To co się działo na moich szczotkach, czy odpływach wołało o pomoc niemal przedzierającym krzykiem! To były ogromne kłaki! Byłam załamana!
Zmotywowało mnie to do regularnego stosowania magicznego preparatu, który naprawdę zaczyna się sprawdzać i po mimo stosunkowo krótkiego stosowania (4 tygodnie, ok. 12 aplikacji) już widzę efekty!

Bioxsine to ziołowy preparat, przeznaczony do skóry głowy w przypadkach łysienia lub nadmiernego wypadania włosów. 

Stosuję go na noc, w przed dzień mycia głowy, a więc wchłania się przez ok. 8 godzin mojego snu. Czyli zgodnie z zaleceniami producenta. Sposób aplikacji niezwykle ułatwia zamontowana końcówka, która dozuje kosmetyk jak delikatny aerozol, co uniemożliwia gubienie kosmetyku gdzieś w eterze. Jest to o tyle ważne, że kosmetyk brudzi skórę. Jednak podczas mycia ładnie schodzi z dłoni (a później ze skóry głowy). Po wyschnięciu nie zostaje także na pościeli. Niestety zapach może nieco odrzucać, co mnie męczy, ale dla efektów jednak warto. Czasem po myciu kolejnego dnia jeszcze czuję ten zapach, który dość szybko się wtedy ulatnia.


Włosy wypadają w zdecydowanie mniejszej ilości, a dodatkowo nie przetłuszczają się tak szybko. 

Podsumowując - kosmetyk wart uwagi i polecam go osobom, które tak jak ja borykają się z okresowym wypadaniem włosów. Niewielki nakład pracy pozwala osiągnąć szybkie efekty! Co prawda cena jest nieco wysoka, waha się w okolicach 40-50 zł - jednak wciąż uważam, że warto!

Więcej informacji o produkcie dostaniecie tutaj - Bioxine Dermagen Forte Spray.

wtorek, 6 grudnia 2016

Cukierkowe paznokcie od Indigo by Natalia Siwiec

Przyznam się szczerze, że o ile wcześniej słyszałam o tej marce tak chyba nigdy nie miałam przyjemności kosztować któregokolwiek z jej kosmetyków.
Dziś przedstawiam Wam cukierkowe pastele od Indigo z linii Natalii Siwiec! Co prawda zimą raczej używam ciemniejszych kolorów, jednak te bardzo mnie ciekawiły! Zerkając na nie po pomalowaniu uważam, że to idealny wybór na wakacje i do opalenizny! (choć i zimną prezentują się nienagannie!)

Do zalet lakierów należy przede wszystkim nie marząca się konsystencja, łatwa aplikacja, napigmentowanie (2 warstwy są wystarczające), trwałość (4 dni niemal bez odprysków i żadnego dodatkowego topu!) a i cena jak za taką jakość (16 zł/10 ml) nie jest jakoś szczególnie wygórowana.

Zdjęcia są robione na 3 dzień, a więc gdzieś wdarł się minimalny odprysk i odrost, jednak wciąż wyglądają rewelacyjnie! A w tle gościnnie występują balony z urodzinowej imprezy Mojego Dawida <3.

Przedstawiam Wam Beach Please, czyli subtelny róż:





oraz Cafe Del Mar, czyli delikatny błękit:


czwartek, 1 grudnia 2016

Lawendowy odpoczynek

To jeszcze nie Święta i nie Mikołajki, a ja już dostaję prezenty! Wydawałoby się, że to zwykły, szary papier i kawałek wstążki - jednak uwielbiam tak proste, a jednocześnie wymowne pakowanie prezentów! Ale do rzeczy! Bo zapewne ciekawi Was co znajduje się w środku.



Otóż tak pięknie zapakowany prezent otrzymałam od firmy IVA NATURA, która specjalizuje się
w certyfikowanych kosmetykach naturalnych. Ostatnio coraz częściej sięgam po te "zdrowsze" wersje, bez SLS, parabenów czy innych chemicznych związków. Nic też dziwnego, że zaciekawił mnie ten kosmetyk.
Do przetestowania otrzymałam Lawendowy żel do kąpieli. Po pierwsze zaskoczył mnie jego kolor, gdyż zawsze po lawendzie spodziewam się fioletu, a tu proszę, po prostu przeźroczysty. Konsystencja typowo żelowa, umieszczona w elegancko wyglądającym opakowaniu, zamykanym na klasyczny klik. Żel pięknie się pieni, nawet przy małej ilości, a silny aromat unosi się już przy otwarciu buteleczki i o ile ktoś lubi lawendę, nie będzie miał z nim problemu, bo początkowo nawet ostry zapach, później niekiedy przez kilka godzin unosi się jeszcze na skórze.



Lawenda od zawsze kojarzy mi się z relaksem i odpoczynkiem. Używam tego żelu po ciężkich dniach roboczych, kiedy jedyne o czym marzę to ciepła kąpiel i ciepłe łóżeczko. Działa kojąco, uspokajająco i przede wszystkim usypiająco. Już później delikatny aromat pozwala odpocząć i otula nas do snu.

piątek, 25 listopada 2016

Kosmetyki z półproduktów - NATURALISSA

Jak świat szeroki tak i rynek kosmetyczny wszędzie wygląda inaczej - także i dla mnie z każdym dniem otwierają się nowe drzwi do testów i poszukiwań idealnych, sprawdzonych rozwiązań. Dziś przychodzę do Was z totalną nowością, a mianowicie z półproduktami! Zapraszam!

Cały zestaw pochodzi od naturalissa.pl.

W związku z tym, że nie owijam w bawełnę i zawsze jestem szczera, tak też i będzie w tym przypadku.
Pierwsze dni, a właściwie jakieś 2,5 tygodnia, była to idealna kompozycja dla mnie - najpierw myłam twarz, później aplikowałam Hydrolat z kwiatu kocanki  a na koniec mieszałam z kremem po kropelce każdego z kwasów hialuronowych (1,5% oraz potrójny)- zgodnie z zaleceniami producenta mieszając z kremem do twarzy.
O samym składzie opowiadać Wam nie będę - w odnośnikach jest wszystko szczegółowo opisane i o składzie i o działaniu.
Początki były piękne. Twarz rozjaśniła się, znikł rumień spowodowany popękanymi naczynkami (zostały tylko wyraźne naczynka) a moja szeroka jak droga czteropasmowa na autostradzie zmarszczka na czole widocznie się spłyciła. To był szok! Skóra była bardziej napięta, elastyczna, odświeżona i naprawdę czułam to wewnętrzne nawilżenie. Schody zaczęły się po ok. 2,5 tyg. regularnego stosowania.
Nagle, nie wiadomo skąd, pojawiły mi się na twarzy silne wypryski. Dawno nie wyskoczyło mi 5 wielkich, ropnych krost na raz! w różnych częściach twarzy i szyi. Od razu powiązałam to z kwasami i odstawiłam je (hydrolat zostawiłam).

O ile kwasy dostały wielki minus za moją twarz tak zaplusowały na innej części ciała - uda! A to niespodzianka! 
Podczas rozmów z dziewczynami z "kółka blogowego" :D którąś z nich (chyba Paula) zasugerowała dodanie kwasu do kremu na cellulit. Długo nie trzeba było czekać. Magda jakiś czas temu podarowała mi taki krem! A ja? Kiedyś chwaliłam się, że nie mam cellulitu, jednak dość statyczna praca, ograniczona aktywność fizyczna i nieciekawa dieta przysporzyła mi nieco problemu i pomarańczowa skórka nieśmiało zaczęła się pokazywać. Także po około tygodniu stosowania mieszkaniu kremu z kwasami i delikatnymi ćwiczeniami 2-3 razy w tygodniu moje uda znów są gładkie (serio! wierzę w cuda kwasu :D) i jędrne - polecam ;).

Jeżeli chodzi o zastosowanie kwasów na twarzy nie ukrywam, że nieco się boję, ze względu na duże zmiany skórne, za które je winię. Nie mniej jednak jak tylko zagoją się podejmę kolejną próbę i w połączeniu z innym kremem  powiem kategoryczne TAK lub NIE :).

A Wy? mialałyście już jakieś doświadczenia z kwasami? :)

poniedziałek, 21 listopada 2016

Mydlane Rewolucje - mydło otrębowe

Jeżeli chodzi o mydła w kostce nie ma do nich szczególnego przekonania. Przede wszystkim dlatego, że pozostawiają po sobie okropny osad na mydelniczce (o la boga! nie znoszę :D), a po drugie, jak wertuje mi mój mężczyzna, są nosicielem bakterii - każde dłonie go dotykają, a w łazience są bez przykrywki etc.
Bądź co bądź postanowiłam zaryzykować i w mojej mydelniczce znalazło się mydło otrębowe do Mydlanych Rewolucji.

Mydło jest w dość dużej, ale wygodnej kostce, z zanurzonymi otrębami, które delikatnie masują dłonie. Zapach jest mieszanką swojskości moczonych otrębów i delikatnej słodyczy zawartych w nim olejów, choć i tak jak dla mnie zdecydowanie czuję klasyczne, szare mydło. Zadaniem tego mydła jest nawilżenie i pielęgnacja - nie wymagałam od niego efektu jak po użyciu kremu do rąk, natomiast nie zauważyłam, aby wysuszało dłonie, a to już duży plus. Do tego dobrze się mydli i czyści dłonie.

Sam wygląd wpasował się kolorem do mojej łazienki, a w okazałości wygląda jak zastygnięte płatki owsiane, owinięte w swój własny kleik - lubię te płatki, także i ten widok jest dla mnie przyjemny.
Może to pierwszy krok do powrotu do mydła w kostce? :)
Poza tym mydełko przyszło profesjonalnie zapakowane, z pełnym opisem zastosowania i składu. To się ceni. Ponadto nie jest sztucznie przeperfumowane, co niekiedy jest wyczuwalne w innych mydłach. Pachnie naturalnie.


Zapraszam Was także na funpage Mydlanych Rewolucji KLIK. Musze przyznać, że zarówno prezentowane mydła jak i sposób ich ekspozycji na zdjęciach oddaje pełne zaangażowanie w pasji :).

środa, 16 listopada 2016

Upominki z Rocznicowego Spotkania Podlaskich Blogerek!

Emocje już opadły, posty z relacjami przewertowane, także czas na przedstawienie Wam tego, czym zostałyśmy obdarowane na Rocznicowym Spotkaniu Podlaskich Blogerek Kosmetycznych ( TUTAJ odnośnik do pierwszego wpisu). Za każdym razem jestem szeroko zaskoczona tym co sponsorzy chcą nam podarować. Zarówno kosmetyki jak i inne gadżety w 100% pasują do tematyki mojego bloga i mam nadzieję, że pomogą mi w dalszym tworzeniu tego co tu się dzieje :).

Poza tym, największe podziękowania kieruję do Oli i Magdy, za to, że zorganizowały to spotkanie! W następnej kolejności oczywiście buziaki dla blogowych koleżanek :*, a później (wybaczcie, ale tak to wygląda z mojej perspektywy :)) Sponsorom! :)

Dla przypomnienia uczestniczki :):
oraz
JA :)

Zatem zapraszam Was do zapoznania się z upominkami! Część z nich ma już zdjęcia gotowe do recenzji, a to dlatego, że niektóre są już na etapie testowania. Myślę, że nie ma co więcej się rozpisywać, gdyż wiele z recenzji pojawi się jeszcze w tym roku, czy coś konkretnie Was zainteresowało?  - zapraszam niżej! :)

Przepięknie zapakowany lawendowy żel pod prysznic od IVANATURA oraz facebook 


 CD oraz facebook 



 MYDLANE REWOLUCJE facebook



 SHE FOOT oraz facebook 


CHERRY SOAP facebook oraz instagram





  PALMERS oraz facebook


  NEICHA oraz facebook 




  pudełko od INDIGO  totalnie mnie zaczarowało! oraz facebook!


TRADE TRACKER oraz upominki z Tołpa. O samym portalu trade tracker kiedyś jeszcze wspomnę.

  EQUILIBRA oraz facebook (oraz różne zapodziane próbki :))



 BIOXSINE oraz facebook

oraz święta od KIK oraz facebook




oraz sponsorzy upominków dla najmłodszych!