czwartek, 2 lutego 2017

Kocham Cię...

Dziś niezwykle prywatnie, a jednocześnie w pełni odzwierciedlające moje obecne, wewnętrzne uczucia.

Minął miesiąc odkąd powiedziałam "TAK", a tym samym zostałam narzeczoną.
Zaraz minął 2 lata odkąd razem zamieszkaliśmy we wspólnym mieszkaniu.
Zaraz minął 3 lata odkąd oficjalnie jesteśmy parą.
A zaraz jeszcze minął 3,5 lata odkąd się znamy.

Cóż. Jednemu może wydawać się, że to krótko i wszystko szybko. Jednak patrząc przez pryzmat moich poprzednich "przygód" to ON jest moją prawdziwą pierwszą miłością! Do takich decyzji trzeba dorosnąć, nie warto rozdrabniać się na prawo i lewo i każdemu z daleka krzyczeć wielkie słowa. Prawdziwa miłość nie może być prosta i raczej nie przychodzi bez przeszkód. O taką miłość trzeba konkretnie zawalczyć!

Zanim zostałam dziewczyną Dawida musiałam swoje odpłakać i swoje przecierpieć.

Zaczęło się niewinnie. Poznaliśmy się w klubie i od początku poinformowaliśmy się wzajemnie, że związku nie szuka żadne z nas. Później jeszcze kilka niezobowiązujących herbat, wspólny wypad do kina i luźne pogaduchy. Najbardziej jednak liczyło się wsparcie, które w nim miałam podczas wyrywania ósemek, kiedy to niemal nieprzytomna umierałam kilka dni w łóżku. Opiekował się mną jak swoją. Tak dobrze poczułam się w jego towarzystwie, że gdy oznajmił mi, że wyjeżdża do Anglii (a właściwie wraca, bo był tu tylko na święta) myślałam, że łzom końca nie będzie. Poczułam pustkę i ogromny smutek. Właśnie wtedy, w dniu wyjazdu, on pierwszy raz powiedział "KOCHAM".
Później walczyła z nami odległość i czas - przecież za kilka tygodni leciałam na pół roku do Portugalii. Nie było mowy, abym zrezygnowała z wyjazdu. Dawid codziennie dzwonił, były pierwsze kłótnie i pierwsze słodkie deklaracje. Zapadła decyzja - on przyjeżdża do mnie, do Portugalii! Miał być wstępnie tydzień - został już na zawsze. Na lotnisku Stansted zostałam oficjalnie jego dziewczyną. Obydwoje płakaliśmy jak bobry, na szczęście ze szczęścia.

W Portugalii było cudownie, miłość kwitła, a my tak naprawdę poznawaliśmy siebie w prawdziwym świetle - w codziennych obowiązkach i sytuacjach. Nie było mowy, że podczas kłótni któreś wraca do swojego pokoju czy domu - radzimy sobie z tym razem, w jednym pomieszczeniu. Pozwoliło to nam poznać naszą rzeczywistość, nasze prawdziwe zachowania. Sprawdziliśmy siebie wzajemnie jak wygląda nasze podejście do zarządzania pieniędzmi, co potrafimy gotować i jak to naprawdę jest z tym porządkiem w szafie. Tutaj nie dało się oszukać. Pomimo, że dowiadywaliśmy się o sobie nieraz naprawdę szokujących faktów to ta ciekawość jeszcze bardziej skłaniała nas ku sobie.
Jednak powrót do prawdziwej, polskiej, i wspólnej rzeczywistości był ciężki. Przez pierwsze pół roku po powrocie z Portugalii zdawało się, że wszystko jest przeciwko nam. Pojawiło się wiele problemów, czasem niezależnych od nas. Jedyne wyjście jakie widzieliśmy to było wspólne wspieranie się, a niestety obydwoje mieliśmy swoje słabe dni. Momentami miałam wrażenie, że coś na siłę nie chce abyśmy byli razem. To jednak działało na nas bardziej motywująco i zbliżało nas do siebie zamiast oddalać.

Co przecierpieliśmy to nasze, a po każdej burzy wychodzi słońce. Tak i się stało. Udało się nam zamieszkać razem, we wspólnym mieszkanku. Ciasne, ale własne. Ja skończyłam studia i jeszcze w ich trakcie dostałam dobrą, pracę. On zaczął dobrze zarabiać i w końcu zaczęliśmy czuć ulgę. Małymi krokami dążyliśmy do tego, aby czuć niezależność i stabilność.
Do pełni szczęścia trzeba było nam niewiele - wspólny kąt i wewnętrzne ciepło, a reszta była tą cząstką, która dopełniała tą radość. Do dziś wielką ulgę i radość daje mi możliwość przytulenia się do niego z samego rana. Każdego dnia doceniam to, że jest obok mnie, zawsze na wyciągnięcie ręki, a nie tyle kilometrów, bez możliwości spojrzenia w oczy. Dziś wiem, że nigdy już go nie puszczę <3.

I gdy tak te nasze spokojne i radosne życie się toczyło. Jednak Dawid doszedł do wniosku, że to za mało. Nie ukrywam, że i ja czasem wytykałam mu palec u prawej ręki, jednak to do niego należała ta rola: gdzie, kiedy i w jaki sposób. 
Zrobił to w najmniej spodziewanym momencie, wtedy, kiedy myślałam, że pewnie jeszcze poczeka, a może nie czuje tego, albo coś innego. Naprawdę nie spodziewałam się, że aż tak mnie zaskoczy. To był prawdziwy szok, a jednocześnie jakaś ulga - bo czasem zastanawiałam się co siedzi w jego głowie. Symboliczne tak, wychachłane przez łzy, w wietrze kasprowego wiatru, otworzyło nam kolejny etap w życiu. Już miesiąc.

Jaka jest puenta mojej opowiastki? 
Może to, że prawdziwa miłość przychodzi sama, znienacka, nie jest wymuszana czy wyszukiwana na siłę. Może też to, że prawdziwe szczęście to nie materialne dobra, a bliskość drugiej osoby, jej obecność i wsparcie. Może też to, że nie czas kształtuje nasz związek, a nasze poważne podejście do tego. A może też to, że na miłość naprawdę warto czekać <3.

P.S. Zapomniałabym o najważniejszym. Walentynki powinniście obchodzić codziennie :).



7 komentarzy:

  1. Aż się wzruszyłam! Oby teraz było już tylko lepiej! Ciagle z wiatrem i ciągle z górki! Buźka!

    OdpowiedzUsuń
  2. Dokladnie. Duzo prawdy. Gratuluje Wam i zycze jak najlepiej :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Piękna historia :) I wcale nie uważam, że ten staż, który macie to mało! Wręcz przeciwnie - bardzo dużo, bo dużo Was już spotkało, w różnych sytuacjach się znaleźliście i pomimo wszystkiego dalej chcecie być razem, kochacie się i nie wyobrażacie sobie życia bez siebie. A to przecież w zupełności wystarczy, żeby się pobrać. Tak czy siak - wesołych walentynek i cudownych kolejnych miesięcy razem :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ciesze się, że spotkała Ciebie taka prawdziwa miłość... gratulacje i oby tak już do samego końca... :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Piękna historia. Moim zdaniem prawdziwe uczucie, prawdziwy związek to nie tylko sielanka, ale także kłótnie, ciche dni i walka o siebie :) Życzę jeszcze wiecej miłości :*

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za komentarz :)